czwartek, 3 marca 2016

Rozdział 5

Spałam głęboko, wtulając się w moją miękką, wypełnioną pierzem poduszkę. Śniło mi się, że siedziałam na jakimś drewnianym, spadzistym dachu, a na dole trwała zabawa. Ludzie ubrani w wielokolorowe stroje, tańczyli wesoło, podskakując przy tym z jednej nogi na drugą. Chciałam zejść na dół, żeby móc bawić się z innymi...ale mój miły sen nagle został zakłócony przez cichutki, ale tylko z pozoru, dźwięk dzwoneczka wiszącego na haku obok mojego łóżka. Niezbyt zadowolona z tego faktu, dosłownie sturlałam się z łóżka na ziemię, która okazała się być bardzo zimna w porównaniu z ciepłym materacem na którym spałam. Ziewnęłam przeciągle i nie martwiąc się zbytnio o to, że jestem ciągle w piżamie, wyszłam z sypialni i czym prędzej podreptałam do pokoju numer jeden przy towarzyszącym mi dźwięku dzwoneczka, którego zapomniałam zahaczyć o drewniany haczyk sterczący ze ściany, ale nie przejęłam się tym zbytnio, nie chciało mi się wracać. Nie zawracałam też sobie wcale głowy szukaniem wejścia do specjalnego korytarza dla służby i po prostu jak wielka dama, szłam sobie głównym korytarzem, jednocześnie próbując uporządkować chociaż w minimalnym stopniu swoje splątane w nocy włosy. Nie udało się, niestety, moją głowę zdobił przykład niezrozumiałej sztuki nowoczesnej. Wyglądając jak upiór pokonałam wszystkie schody i korytarze, aż w końcu stanęłam przed drzwiami z numerem jeden. Otworzyłam je nie kłopocząc się pukaniem i prawie upadłam na podłogę, bo ustąpiły niezwykle łatwo, a ja naparłam na nie zbyt dużą siłą.
- Tak, słucham książę?- spojrzałam na niego półprzymkniętymi oczami.
Zapadła niezręczna cisza. Książę patrzył się na mnie, może przerażony, a może nie, może bardziej zaspany-w nocy łatwo odebrać jedno jako drugie, nie byłam więc stuprocentowo pewna. Nie zareagował na moje pytanie, więc powtórzyłam je, tym razem trochę głośniej niż poprzednim razem.
- W czym mogę służyć panie? Dzwonił pan...-stłumiłam dłonią ziewnięcie i czekałam na reakcję księcia, który chyba w końcu otrząsnął się z szoku po zobaczeniu mnie w wersji "strasz albo nie wychodź" i puścił sznureczek uruchamiający dzwoneczek. Prawdopodobnie przedtem ciągle nim dzwonił.
- A...no tak, nie poznałem, przepraszam.
- Więc w czym mogę służyć?- czułam już lekkie zniecierpliwienie. Dało się je słyszeć też w moim głosie, który poza tym zdradzał niewyspanie.
- Przed chwilą dostałem wiadomość o zwołaniu "Zebrania Krajowego", w którym oczywiście jako jeden z jedenastu książąt mam wziąć udział. Musimy być najpóźniej za dwa dni, najpóźniej w  samo południe w Księstwie Centralnym. W związku z tym musimy wyruszyć jak najszybciej.
- Słucham...? Też jadę?- spytałam zaspanym głosem, będąc jeszcze częściowo w pięknej krainie marzeń sennych.
- Oczywiście, muszę mieć kogoś do pomocy- wytłumaczył, a ja miałam ochotę strzelić sobie piękny "facepalm" myśląc o tym jaka jestem głupia.
- Rozumiem, co mam spakować?- spytałam, przedtem ukrycie ziewając, nie byłam ani trochę wyspana.
- Spakuj najpotrzebniejsze ubrania, najlepiej te cieplejsze, oraz inne niezbędne ci do życia rzeczy. Od razu mówię, że ja spakuję się sam, tak będzie szybciej. Widzimy się za dwie godziny przy wejściu do zamku- powiedział i wstał z łóżka.- Liczę, że stawisz się punktualnie.
- Tak, książę. Mogę już iść?- spytałam, chcąc jak najszybciej się spakować jednocześnie nie chcąc zawieść księcia swoją opieszałością.
- Tak, tak. Im szybciej tym lepiej...- odpowiedział, w lekkim roztargnieniu już szukając czegoś widocznie ważnego na swoim biurku.
Skłoniłam się, całkowicie ignorując fakt, że książę właśnie bardzo skupił się na kartkowaniu jakiegoś notesu, ponownie ziewając, tym razem dosyć głośno i na tyle szybkim, na ile pozawalało mi moje zaspanie, krokiem ruszyłam dosyć chwiejnie w stronę swojego pokoju, ponownie nie przejmując się szukaniem przejścia dla służby.
***
Już pół godziny później siedziałam na łóżku, dokładnie składając moje nieliczne, ciepłe ubrania, tak żeby zmieściły się do mojej walizki. Na początku spakowałam oczywiście mój uniform pokojówki, bez niego nie mogłam się ruszyć, w końcu to była podróż służbowa, że tak to ujmę. Już wcześniej, a dokładnie, podczas tych trzydziestu minut o których wspomniałam wcześniej, doprowadziłam się do względnego porządku...przy okazji przez przypadek budząc Klarę, która całkowicie poważnie uznała, że jest zazdrosna, bo zawsze bardzo chciała (podobno) zwiedzić Księstwo Centralne i poznać, w taki czy inny sposób, Króla Leeteuka. Oczywiście od razu jak wyskoczyła z tym skrytym pragnieniem, bardzo dokładnie i prosto wytłumaczyłam jej, że prawdopodobnie wcale nie ma co mi zazdrościć, bo zapewne i tak nie poznam go osobiście, tak na prawdę taka możliwość miała prawdopodobieństwo prawie zerowe, a jedyne co prawdopodobnie tam zwiedzę to ciemne, duszne korytarze dla służby. Ale ona i tak uparcie zostawała przy swoim.
- Musisz mi absolutnie wszystko opowiedzieć jak wrócisz!- zakomenderowała ziewając po tym głośno, ona też była niewyspana.
- Nawet jeśli to nie będzie absolutnie nic ciekawego?- spojrzałam na nią wciąż trochę zaspanym wzrokiem, wkładając jednocześnie moją ulubioną sukienkę do walizki, bardziej z przywiązania, było to ubranie na lato, ewentualnie na wczesną jesień, ale czasami traktowałam ją po prostu jako amulet.
- Tak, absolutnie wszystko!- w podekscytowaniu energicznie pokiwała głową. Był to dosyć komiczny widok. Jakbym widziała pięciolatkę idącą do wesołego miasteczka.
- Ale teraz pozwól mi się spakować i najlepiej idź spać- poradziłam jej spoglądając w jej stronę.
- Przecież jestem już wyspana...-ziewnęła przeciągle, zaprzeczając tym samym swoim słowom.
- Oczywiście, oczywiście...- powiedziałam z bardzo dobrze wyczuwalną ironią w głosie. Klara z wyrażającym bezbrzeżne oburzenie prychnięciem wczołgała się pod kołdrę i już w chwilę później zasnęła głęboko.

Ja w tym czasie zdążyłam spakować się już do końca. Moja stara, sponiewierana walizka leżała teraz na schludnie posłanym łóżku, czekając tylko aż podejmę się ciężkiej próby zapięcia jej na klamry. To była właśnie ta najtrudniejsza część pakowania się, bo moja walizka, prawdopodobnie dlatego, że do najnowszych nie należała, uwielbiała stawiać mi opór. Tym razem jednak, tak jak zwykle w sumie, chciałam rozwiązać ten konflikt pokojowo, jednak, tak jak się w sumie można było spodziewać, druga ze stron nie chciała ustąpić za wszelką cenę i uparcie trwała przy swoim. Na początku podjęłam kilka prób zwykłego zamknięcia, ale wieko odskakiwało tylko do góry z cichym skrzypnięciem, które po kilku próbach potrafiło doprowadzić do szału. Później chciałam być bardziej sprytna, próbując zamknąć ją siłą, poprzez nacisk całego mojego ciała. Skutek był raczej marny, walizka nie zapięła się, za to moje łóżko niebezpiecznie zaskrzypiało po kilku razach. Pomyślałam wtedy, że może gdybym spróbowała na podłodze, mogłoby się udać, w końcu jest twardsza i stawia zdecydowanie większy opór niż sprężyny. Po paru chwilach próbowałam na wszelkie sposoby przycisnąć wieko. Ręką, nogą, obiema rękami, siadając na niej... W końcu miałam tego wszystkiego dość i po prostu stanęłam na walizce, która nareszcie się poddała. Wtedy też usłyszałam ciche pukanie do drzwi naszej sypialni.
-Proszę- powiedziałam na tyle głośno, żeby osoba za drzwiami mogła mnie usłyszeć ale na tyle cicho żeby nie obudzić przypadkiem Klary.
Drzwi powoli się otworzyły, skrzypiąc przy tym na tyle głośno, że po ciele przeszedł mi dreszcz, ale na tyle cicho, że Klara nie obudziła się, i kiedy stanęły w końcu otworem ujrzałam w szczelinie głowę księcia. Spojrzał się na mnie trochę dziwnym, może trochę rozbawionym wzrokiem, po kilku chwilach zorientowałam się, że wciąż stoję jak gdyby nigdy nic na najwredniejszej walizce jaką miałam okazję używać.
- Próbowałam ją zamknąć...-zaczęłam się tłumaczyć, dosyć zakłopotanym, ale chyba odpowiednim w tej sytuacji głosem i zatrzasnęłam zatrzaski dużym palcem u stopy, wydały przy tym głośne trzaski, skrzywiłam się. Sytuacja w której właśnie się znaleźliśmy, była dosyć dziwna.- Ale co tutaj robisz, panie?- spytałam, jeszcze bardziej zaskoczona niż on musiał być na widok nie stojącej na walizce.
Książę wyglądał trochę na zmieszanego, zawahał się przez chwilę z odpowiedzią.
- Przyszedłem głównie sprawdzić czy nie zasnęłaś- powiedział wciąż stojąc z głową w drzwiach.- Ale widzę, że chyba jesteś już gotowa do drogi?- spojrzał pytająco na walizkę na której wciąż stałam.
- Emm...tak, panie- przytaknęłam i zeskoczyłam z mojej, zapiętej już na szczęście, walizki.- Muszę tylko założyć mój płaszcz, książę- wskazałam na odzienie wierzchnie wiszące na drzwiach od łazienki.- Nie trzeba było przychodzić, panie. Jeślibym się spóźniła, miałabym wyrzuty sumienia, a poza tym mogłoby to być powodem do zwolnienia mnie, więc nie ma powodu do obaw, książę.
Szybkim ruchem zdjęłam płaszcz i założyłam go  również w mgnieniu oka. Poniosłam z ziemi swoją wypchaną po brzegi, grubymi, ciepłymi ubraniami walizkę i ruszyłam żwawo w stronę drzwi.
- Wstąp jeszcze do kucharza po prowiant na drogę, a potem zaczekaj przy wejściu- powiedział, ja skłoniłam się nisko, na znak, że go zrozumiałam. Kiwnął głową i ruszył spokojnym krokiem w stronę schodów.
Wyszłam więc z pokoju i cicho zamknęłam drzwi na klamkę, nie zapominając o śpiącej w środku Klarze. Kiedy szłam już w stronę schodów prowadzących do korytarza na którego końcu były drzwi do kuchni, zdążyłam zobaczyć jak książę znika za najbliższym rogiem podziemnego korytarza w którym aktualnie się znajdowaliśmy, szedł w stronę drugich schodów- tych prowadzących od razu na piętro sypialniane, tych z których skorzystałam prawie godzinę temu. A ja, ruszyłam tym razem dobrze znaną sobie drogą prowadzącą od razu do kuchni. Taszczyłam po ziemi swoją walizkę, starając się być najciszej jak tylko potrafiłam. Pokonałam z cichym stukotem schody i stanęłam przed drewnianym wrotami, przez które już teraz sączył się niesamowicie smakowity zapach. Zostawiłam przed drzwiami bagaż i ostrożnie weszłam do środka. Kucharz, mimo tak wczesnej (lub późnej, zależy jak na to spojrzeć) pory, pracował ciężko, manewrując między piecykiem, a licznymi blatami. Zdawało się, że nie zauważył, że ktokolwiek wszedł do kuchni. Jak zwykle zresztą.
- Proszę pana...?- zawołałam ostrożnie. Wiedziałam, że nienawidzi jeśli ktokolwiek mu przeszkadza podczas pracy. Wkładał w nią całą swoją pasję i była dla niego prawie całym życiem.
- Słucham?- odburknął, krojąc przy tym marchewkę na jednym z blatów w idealną kostkę.
- Dzień dobry... książę przysłał mnie po prowiant na drogę- stłumiłam nagłe ziewnięcie dłonią.
- Na blacie leży- powiedział wrzucając marchewkę do garnka prosto z deski do krojenia.
- Na którym?- spytałam, trochę ich tutaj było.
- Ech...- westchnął zirytowany i odłożył nóż.- Tutaj są przecież...- podniósł dwa, dosyć duże drewniane pudełka i jedno kartonowe, też nie należące do niewielkich, z blatu w głębi kuchni i podał mi je ponaglając mnie energicznymi ruchami głowy.
Ostrożnie zabrałam wszystkie pudełka i ukłoniłam się z wdzięcznością kucharzowi który już nie zwracał na mnie uwagi, bo mieszał coś w wielkim garze stojącym nad miło trzaskającym ogniem. Jak najciszej potrafiłam, wyszłam z kuchni, mona było powiedzieć, że dla tego pracującego tam kucharz, było to całe królestwo. Ale nie dla mnie, niezbyt lubiłam przebywać w tej kuchni, tak samo w jej pobliżu. Pan kucharz rozsiewał wokół siebie niesamowicie mroczną aurę, od razu chciało się uciekać. Tak też zrobiłam. Czym prędzej położyłam zapakowane w drewniane pudełka jedzenie na mojej walizce i z porządnie ułożoną piramidą, ruszyłam ku wejściu głównemu. Lekkie to to nie było, nie będziemy się oszukiwać, już sama moja walizka musiała ważyć dobrą tonę, a jedzenie, jakby nie było, też ważyło swoje co nie co. Duże co nie co, że tak to delikatnie ujmę. Chwiałam się lekko na boki przez ten ciężar, ale na szczęście nikt mnie nie mógł widzieć raczej o tej godzinie, więc z uśmiechem wyrażającym bezgraniczne rozbawienie dokiwałam się powolnymi kroczkami do głównych wrót zamku. Tak jak sę spodziewałam, wrota były otwarte, więc bez wahania wyszłam na kamienisty podjazd i stanęłam na kamiennej ścieżce między drzewkami owocowymi. Owoców już dawno na nich nie było, niedawno zaczęła się zima, podobno dosyć sroga w tym rejonie kraju, a między równo posadzonymi drzewami w tak samo równych stosach leżały opadłe liście.
Drzewa były całkowicie nagie, co w nocy tworzyło dosyć mroczną atmosferę. Powoli zaczynały mnie boleć ręce pod ciężarem trzymanego bagażu i uznałam, że nic nie zaszkodzi jak położę to wszystko na ziemi. Przykucnęłam więc ostrożnie, żeby niczego nie upuścić, po czym najdelikatniej jak potrafiłam, odłożyłam wszystko na ścieżkę. Poczułam wyraźną ulgę i w końcu rozluźniłam zmęczone ręce, bo nie były to zbyt lekkie rzeczy, ale wydaje mi się, że wspomniałam o tym już wcześniej, może nawet kilka razy. Niebyt wiedziałam co ze sobą zrobić, bo tak naprawdę miałam tylko czekać, więc oparłam się plecami o najbliższe drzewo i wpatrzyłam się w rozgwieżdżone niebo prześwitujące między nagimi gałęziami drzew nade mną. Widziałam niektóre konstelacje które kiedyś pokazała mi przyjaciółka którą poznałam w szkole dla służących. Konstelację "Motyl" pamiętałam najlepiej, ale to pewnie dlatego, że motyl czasami może być symbolem śmierci, a moja przyjaciółka zmarła niedługo po naszym rozstaniu w małej posiadłości w Zamglonym Księstwie, którym wtedy władał i wciąż włada tajemniczy książę Heechul. Motyle od tamtej pory kojarzą mi się tylko i wyłącznie ze śmiercią, nie widzę w nich nic wesołego, mimo że wszyscy wkoło uważali je za dobry zwiastun, widzę tylko piękną melancholię krótkiego, delikatnego życia, które znika tak szybko jak szybko się pojawiło.
Wpatrywałam się więc uważnie w ciemne niebo, co wzbudziło we mnie nagły przypływ smutku, związany z wspomnieniami z mojej niejasnej przeszłości, przez nagły napływ emocji, po moim policzku popłynęła samotna, słona łza.
Nie wiem czy stałam wpatrując się w gwiazdy nade mną, na tym mrozie długo, czy raczej krótko, ale w końcu usłyszałam kroki dochodzące od strony wrót i stukot końskich kopyt na dróżce, odgłosy dochodziły z dwóch przeciwnych sobie stron. Nie zwróciłam na te odgłosy większej uwagi i wciąż wpatrywałam się w piękne niebo, bez żadnej chmurki ograniczającej widoczność.
I wtedy usłyszałam za uchem niespodziewany szelest.
-Bu!- ktoś złapał mnie za ramiona. Krzyknęłam cicho, ale szybko stłumiłam krzyk, przypominając sobie, że źle by było jeśli bym kogoś obudziła. Odwróciłam się szybko.
Przede mną stał nieznajomy mężczyzna, mniej więcej w moim wieku. Miał długie do ramion, czarne, postrzępione włosy, wąski nos i spoglądające spod poszarpanej grzywki, przyjazne, brązowe oczy. Na jego twarzy malował się tryumfalny uśmiech.
- Kim ty jesteś?- spytałam zaskoczona widokiem całkiem nowej twarzy.
- Ashley, zamkowy woźnica. Do usług- skłonił się, ale widziałam, że go to bawi.
- Myślałam, że Ashley to żeńskie imię...- rozbawiło mnie to trochę, ale spróbowałam nie dać tego po sobie poznać.
- A ty jak masz na imię, jeśli można spytać?- wydawał się być niezrażony, albo po prostu przywykł do tego typu komentarzy.
- Lacie, książęca pokojówka- przedstawiłam się, naśladując udawaną wytworność mężczyzny.
- To dla mnie zaszczyt poznać taką damę jak ty- skłonił głowę z szerokim uśmiechem na ustach.
- Ależ cały zaszczyt przypada mi, wielmożny paniczu Ashley- dygnęłam z rozbawieniem.
W chwilę później, oboje śmialiśmy się jakbyśmy znali się nie od dwóch minut, ale od początku naszego istnienia. Miłe rozpoczęcie nowej znajomości.
Kiedy już przestaliśmy się śmiać, zobaczyliśmy, że książę stoi oparty o powóz stojący kilka metrów dalej. Wpatrywał się w nas z pobłażliwym uśmiechem. Pewnie stał tam już dłuższą chwilę. Byłam pewna, że to do niego należały kroki dochodzące od strony zamku.
- Aa...witaj panie- Ashley skłonił się nisko, a ja od razu poszłam w jego ślady.- Zapraszam do powozu książę.
Mój nowy znajomy podszedł do drzwiczek powozu, otworzył je i książę wszedł do środka. Później razem zapakowaliśmy do skrzyni z tyłu powozu wszystkie nasze bagaże. Wszystko było gotowe, można było śmiało ruszać w drogę. Zajęliśmy we dwoje miejsca na koźle i powóz ruszył, poczułam na twarzy ostre ukłucia zimnego powietrza.
- Interesujące...-westchnęłam próbując schwytać podbijane w górę liście, które spadły później niż inne. Nie udawało mi się to.
- Cóż jest takiego interesującego?- spytał woźnica, wciąż wpatrzony w drogę.
- Wiesz...zwykle podróżowałam w środku, nigdy na zewnątrz, to ciekawe przeżycie- wytłumaczyłam z uśmiechem na ustach.
- Przestanie być takie ciekawe mniej więcej za dwie, może trzy godziny- wzruszył obojętnie ramionami i uśmiechnął się lekko.- Odczujesz wtedy cały mróz jakiego nie czujesz teraz ze zdwojoną siłą.
- To zniechęca- niechętnie przyznałam mu rację.- Ale jak na razie spróbuję się cieszyć ciepłem które jeszcze czuję- posłałam mu szeroki uśmiech i wlepiłam wzrok w mijany krajobraz.
Dopiero co wyjechaliśmy z terenów zamku, który wciąż było jeszcze widać jeśli się dostatecznie wychyliło, ale dookoła już zaczęło się robić pusto. Sady, ogrody warzywne i kwiatowe, zostały zastąpione przez dzikie łąki, a później ujrzeliśmy również pola należące do mieszkańców okolicznych wsi. Nic na nich nie rosło, niedawno minął czas zbiorów i ziemia leżała odłogiem. Krajobraz był smutny, a mrok nocy nadawał mu odrobiny grozy, wpatrując się w mijane pola pomyślałam, że miło byłoby leżeć teraz w ciepłym, miękkim łóżku i spać smacznie, nie przejmując się niczym. Ziewnęłam przeciągle, zakrywając usta dłonią, zdałam sobie sprawę, że przydałaby mi się jeszcze mała chwilka snu.
- Mogę mówić na ciebie "Ash", a nie "Ashley"?- spytałam bez uprzedzenia.
- Tak, w sumie nawet lepiej to brzmi- wzruszył ramionami i on również ziewnął.
- No więc Ash- zaczęłam trochę niepewnie- czy dałoby radę się tutaj jakoś zdrzemnąć? Bo zanim dojedziemy to wyewoluuję w zombie.
Uśmiechnął się do mnie, wyraźnie rozbawiony.
- Jasne, ale nie za długo- powiedział- bo łatwo można zlecieć. Jakby się coś działo, to cię obudzę.
- Dziękuję.
Po chwili moje oczy zamknęły się i trafiłam do krainy snów.
***
Poczułam delikatne szturchnięcie w lewe ramię. Mruknęłam coś niezrozumiałego, nawet dla mnie, pod nosem i otworzyłam zaspane oczy. Pierwszą rzeczą którą zauważyłam, była pocieszająca jasność dnia oblewająca nas długimi promieniami. Drugą rzeczą, jak i również trzecią, była twarz Asha i księcia. Uśmiechnięci, spojrzeli na siebie porozumiewawczo, zdałam sobie sprawę, że są w bardzo dobrych stosunkach między sobą, mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że są przyjaciółmi.
- Postój, zjemy śniadanie- z uśmiechem na twarzy oznajmił Ashley.
Zeskoczyłam energicznie z wozu i ruszyłam żwawo w stronę skrzyni będącej z tyłu wozu. Od razu znalazłam drewniane pudełka z prowiantem. Jedno z dwóch drewnianych podpisane było "obiad", drugie "śniadanie", wyjęłam je i położyłam obok. Byłam ciekawa co skrywa ostatnie, kartonowe pudełko, bo na pewno nie było to jedzenie, którego pod dostatkiem musiało być w dwóch pierwszych. Jego odnalezienie też nie sprawiło mi problemu, leżało zaraz obok "obiadu". Już za chwilę przekonałam się, że moja ciekawość w tym wypadku okazała się wyjątkowo dobra, bo w kartonowym pudełku, były sztućce i talerze dla trzech osób i trzy tace, również drewniane, czyli wszystko co było nam aktualnie potrzebne do szczęścia. Wiedziałam z doświadczenia i z teorii, że moją powinnością jako kobiety i służącej, w tym wypadku pokojówki, było podanie im jedzenia, poza tym na piramidzie społecznej obydwoje byli wyżej ode mnie, nie oszukujmy się, ja stałam prawie na najniższym stopniu. Ale nie było jeszcze najgorzej, nie byłam ani żebrakiem, ani złodziejką. Tylko służącą która, z obowiązku wynikającego z zawodu i płci, musi obsłużyć mężczyzn w których towarzystwie się znajduje. Tak zostałam w końcu wychowana, a potem nauczona w szkole, nic niezwykłego, po prostu wpito mi to do głowy długimi, grubymi gwoździami. Zamknęłam więc ciężkie wieko skrzyni na bagaże i ułożyłam na niej równo trzy tace, po jednej dla każdego, dla mnie dla Donghae i dla Asha. Otwarłam drewniane pudło i ucieszyłam się niezmiernie widząc, że kucharz już podzielił wszystko na porcje i zapakował wszystko w papier termiczny, ciepło ani nie wleciało, ani nie wyleciało, więc szykowało się ciepłe, pożywne śniadanie, idealne znając zdolności naszego zamkowego kucharza. Wyłożyłam wszystko na talerze, starając się, żeby nie wyglądało to jakby zostało wyrzucone przypadkowo z kubła na resztki, po czym ostrożnie wzięłam dwie z trzech drewnianych tacy i ruszyłam w stronę woźnicy i księcia. Kiedy tylko wyszłam zza wozu, zauważyłam, że zdążyli już rozstawić ławę turystyczną, siedzieli przy niej i rozmawiali w najlepsze, jak starzy, dobrzy, a nawet bardzo dobrzy przyjaciele. Nie zauważyli mnie wcale kiedy stanęłam kilka metrów od ławy i stałam tak przez krótką chwilę, trzymając obydwie tace, ale potem przypomniałam sobie, że w końcu i oni i ja, musimy coś zjeść na śniadanie, a ja tylko to w tamtej chwili opóźniałam. Podeszłam więc zdecydowanym krokiem do stołu i położyłam przed każdym z mężczyzn tacę z jedzeniem. Byli tak zajęci rozmową, że dopiero kiedy położyłam ich tace na stole po raz drugi, z głośnym trzaskiem drewna o drewno, zauważyli moją obecność.
- Smacznego!- wykrzyknęłam z entuzjazmem, który nawet mnie trochę zaskoczył, ukłoniłam się, może trochę zbyt energicznie, przez co moje włosy śmiesznie podskoczyły i wróciłam do skrzyni na tyłach powozu po swoje jedzenie.
Wzięłam swoją tacę w ręce i już chciałam iść żwawym krokiem w stronę stołu, kiedy uznałam, że najprawdopodobniej tylko bym im przeszkadzała i moja obecność zniszczyłaby tą przyjacielską atmosferę. Poza tym chciałam jeszcze w międzyczasie znaleźć mój szkicownik, który powinien być w drugiej kieszeni mojej walizki, w tej którą da się bez problemu zamknąć, ale za dużo się w niej nie mieści. Chciałam mieć coś konkretnego do roboty podczas dalszej części podróży.
Otworzyłam skrzynię jedną ręką, bo w drugiej trzymałam tacę z jedzeniem i przerzuciłam wszystko w skrzyni tak, żeby móc bez problemu sięgnąć do kieszeni mojej walizki. Na szczęście ta dobra kieszeń była od strony zewnętrznej i z łatwością mogłam się do niej dostać. Niestety, tylko teoretycznie. Ta była zamykana na zamek błyskawiczny. Spróbowałam odsunąć go jedną ręką, ale zamiast zamka, to walizka zmieniła swoje położenie. Spróbowałam to zrobić bardziej energicznym ruchem, suwak przesunął się kawałek. Uznałam wtedy, że nie ma innego wyjścia, jak rzucać ręką na wszystkie strony świata, niczym człowiek potraktowany prądem, tylko tak mogłam otworzyć walizkę jedną ręką. Więc tak też zrobiłam, ręka jak złamana-nana-nana-nana. Wyglądało to zapewne dosyć, jak nie bardzo komicznie i zaczęłam cicho, sama z siebie się śmiać, kiedy sobie to wyobraziłam. W końcu, po długiej i męczącej szarpaninie, walizka otwarła się, a ja mogłam wyciągnąć swój cenny szkicownik. Zapięłam walizkę, co nie było już na szczęście takie trudne jak otworzenie jej, po czym oparłam się o powóz i w całkowitym spokoju zjadłam swoje śniadanie, okazało się niezwykle smaczne, ale tylko tego można było się spodziewać po naszym zamkowym kucharzu- czystej perfekcji. Jadłam, delektując się każdym kęsem, a obok mnie leżał mój szkicownik, a w środku, w specjalnych przegródkach schowane były podstawowe przybory do rysowania. Kilka różnych ołówków, nie należąca do najnowszych gumka do mazania, prosta, drewniana strugaczka... tak na prawdę wszystko co było mi potrzebne do szczęścia. Ale to szczęście musiało zaczekać, bo ja musiałam niestety posprzątać. Wzięłam więc swoją tacę i talerze, po czym ruszyłam w kierunku stolika przy którym powinien siedzieć książę z woźnicą. Nie było ich, trochę ułatwiło mi to sprawę. Zabrałam z ławy ich puste tace i ruszyłam w poszukiwaniu jakiejś wody. Przeszłam kilka kroków, ale po chwili stwierdziłam, że lepiej zabrać ze sobą też szkicownik, bo mogłaby wyniknąć niezręczna sytuacja, jeśli ktoś przypadkiem zobaczyłby jego zawartość. Odwróciłam się na pięcie i szybko podeszłam na tył naszego wozu, szkicownik leżał nietknięty, tak jak go zostawiłam więc wzięłam go pod pachę i czym prędzej powędrowałam w lewo, bo właśnie słyszałam stamtąd cichy szum wody, który mógł świadczyć o obecności rzeczki. Nie myliłam się. Po przejściu przez równiutką ścianę z drzew, zobaczyłam spokojnie płynącą, przejrzystą rzeczkę. Doskonale wiedziałam, że woda jest zimna, no w końcu była zima, ale moje ręce były już dobrze przyzwyczajone do tego typu sytuacji, tak przynajmniej mi się wtedy wydawało, jednak kiedy tylko zanurzyłam talerz w wolniutko płynącej wodzie, przeszedł mnie dreszcz. Uznałam, że najlepiej zrobić to jak najszybciej się da. Odłożyłam mój szkicownik na bok i energicznym ruchami umyłam wszystko, co miałam do umycia, ale i tak było mi zimno, ale musicie mi uwierzyć na słowo. Lakierowane drewno dało się bardzo szybko umyć i oczywiście nie wsiąkało wody, więc w kilka chwil pozbyłam się swojej roboty. Zebrałam wszystkie naczynia na zgrabny stosik i dokładając na sam szczyt szkicownik, ruszyłam ostrożnym krokiem z powrotem. Kiedy już wyszłam zza drzew, które zaczepiały co chwilę o talerze, zauważyłam Asha który zaglądał przez drzwi do wnętrza powozu, zapewne w środku już siedział książę i pewnie po prostu ze sobą rozmawiali.
Ja wrzuciłam bez ładu i składu naczynia do kartonowego pudła, które zaś wrzuciłam, też bez ładu i składu, do skrzyni, a potem, zabierając ze sobą mój bezcenny szkicownik, rozsiadłam się najwygodniej jak potrafiłam na koźle i postanowiłam narysować to co widziałam przed sobą, przynajmniej tyle ile zdążę przed tym jak ponownie ruszymy w dalszą drogę.
Przede mną biegła wąska dróżka okolona po bokach gęsto posadzonymi pasami drzewek iglastych. Znikała za ostrym zakrętem kilkanaście metrów dalej, ukazując ścianę drzew od wewnętrznej strony. Prezentowało się to bardzo malowniczo, biorąc pod uwagę, że były to zimozielone drzewa iglaste i odcinały się wyraźnie od krajobrazu za nimi- zimnych łąk bez kwiatów z ciemną trawą. Stwarzało to optymistyczną atmosferę, co było zdecydowanie dużą odmianą od szarości mijanych wcześniej pól. W końcu zaczęłam rysować, z początku każdą kreskę stawiałam ostrożnie i delikatnie, ale po paru chwilach moja dłoń zaczęła poruszać się szybciej, nadając mojej pracy typowej dla mnie dynamiki, graniczącej z lekka z artystycznym szaleństwem. W końcu główne kontury były zaznaczone rozedrganymi kreskami, zajęło mi to nie więcej niż pięć minut. Wtedy usłyszałam skrzypnięcie drewna, to wrócił Ash. Usiadł obok mnie i chwycił wodze.
- Czas ruszać- rzekł z nieskrywaną radością w głosie, bardziej do siebie niż do mnie, a powóz ruszył z silnym szarpnięciem.
A ja starałam się jak najdokładniej zapamiętać każdy szczegół miejsca które opuszczaliśmy, żeby jak najlepiej oddać jego piękno. Kształt drzew, padanie światła, układ kamieni...wszystko to wydało mi się niezwykle wyjątkowe na swój sposób, a ja chciałam zachować to wszystko w swojej pamięci. Skupiłam się więc maksymalnie na tym co widziałam, czymś co okazało się tak naprawdę po prostu niedawnym wspomnieniem, bowiem to miejsce zostało dobre kilkadziesiąt metrów w tyle za nami, ale nie myślałam o tym, po prostu chciałam to zapamiętać.
- Ale dziwnie wyglądasz- usłyszałam rozbawiony głos Asha.
- To znaczy...?- spytałam wolno odwracając głowę w jego stronę.- Czemu dziwnie?
- No...po prostu dziwnie- wzruszył ramionami.- Wyglądałaś jakbyś w połowie spała, a w połowie myślała nad czymś. Miałaś tak śmiesznie zmrużone oczy- zademonstrował to i-mogę się o to założyć- wyglądał sto razy zabawniej niż ja chwilę wcześniej.
Uśmiechnęłam się rozbawiona i wymownie wskazałam mu kciukiem na drogę przed nią, zrozumiał od razu i od razu zaczął pilnować tego jak jedzie, po chwili skupił ponownie na tym całą swoją uwagę. A ja powróciłam do mojego zaczętego rysunku.
Uznałam, że przywołałam w pamięci wystarczająco dużo szczegółów aby móc nanieść je na kartkę.
Moja ręka ponownie zaczęła ostrożnie poruszać się nad kartką, zostawiając na niej dokładne linie i cienie dokładnie tam gdzie według mnie powinny się znaleźć. Starałam się jak mogłam, ale w pewnym momencie moja ręka w niekontrolowany sposób przyśpieszyła, nie panowałam nad nią wcale, jednak rysunek wciąż nabierał wyjątkowo dokładnych szczegółów. Jednak nie chciałam rysować w ten sposób, oderwałam więc rękę od kartki- jak się okazało- w idealnym momencie. Powóz po raz pierwszy od dłuższego czasu podskoczył na większym kamieniu. Czyżbym instynktownie przewidziała co się stanie? Nie, było to zbyt nieprawdopodobne.
Spojrzałam na swój rysunek i zauważyłam coś dziwnego- pokolorowałam go dokładnie w połowie, tak jakbym narysowała kreskę i pokolorowała do niej, nie wyjeżdżając za nią ani milimetra. Wydało mi się to wtedy brzydkie i tandetne, od razu przewróciłam kartkę, uznałam że już wystarczająco dużo narysowałam na ten dzień.
- A tak właściwie...to czemu nie zjadłaś z nami?- znienacka spytał woźnica.
- Emm...nie chciałam przeszkadzać, wydajesz się być bliskich stosunkach z księciem, pomyślałam że jak się dosiądę to może się zrobić niezręcznie- wzruszyłam ramionami, jednocześnie zaciskając dłoń mocniej na szkicowniku.- Poza tym musiałam coś pilnie znaleźć.
- Aaa... a więc o to chodzi- kiwnął głową ze zrozumieniem.- Nie powinnaś się czuć niezręcznie, książę to też człowiek, jak ja i ty...
- Ale on stoi na szczycie drabiny społecznej,- przerwałam mu w pół zdania, a widząc, że zamierza coś jeszcze powiedzieć, dodałam- poza tym jestem jego służącą. Służba nie powinna być częścią prywatnego życia swojego pana- zrobiło mi się źle, nie dlatego, że te słowa były głupie, ale dlatego że naprawdę w nie wierzyłam. To znacznie pogarszało sytuację, wiedziałam to, że jestem gorsza i w dodatku w to wierzyłam, kłębek żałości. Instynktownie się skrzywiłam na samą tą myśl.
- Po twojej minie widzę, że niezbyt ci to pasuje- stwierdził obojętnym tonem.- Donghae to bardzo przyjacielski i sympatyczny koleś.
- Widziałam- zabrzmiało to dosyć oschle, nie chciałam żeby to tak zabrzmiało.
- Czyżby kogoś tutaj pożerała zazdrość...?- spytał trochę ciszej, nachylając się przy tym trochę w moją stronę. Nie zaprzeczę, to pytanie wkurzyło mnie bardziej niż powinno, wskutek czego spiorunowałam Asha morderczym wzrokiem. On w zamian tylko uśmiechnął się tryumfalnie.
- Ja nie mam prawa nawet myśleć o jakichkolwiek kontaktach z księciem jeśli nie wymaga ich moja praca- wytłumaczyłam tonem nie znoszącym sprzeciwu.-Nie powinieneś nawet myśleć o tym, żeby zadawać mi takie pytania.
- No dobrze, dobrze...- wzruszył obojętnie ramionami.- A zmieniając całkiem temat...mógłbym obejrzeć twoje rysunki?-spytał.
- Musisz trzymać wodze, geniuszu- przypomniałam mu, wskazując jedną ręką biegnące przed nami konie które ciągnęły wóz.
- Aa... no tak, zapomniałem- zaśmiał się nerwowo.- Ale to mi się zdarza, zwykle.
Wzruszyłam ramionami i zaczęłam ponownie podziwiać mijany krajobraz. Już dobrą chwilę czasu jechaliśmy pod osłoną gęstego lasu. Rozglądałam się, podziwiając gęstwinę drzew, które mimo że były nagie, ograniczały widoczność do kilku metrów. Krajobraz wyglądał surowo, ale pięknie. Odwróciłam się do Asha, żeby pokazać mu to piękno...ale, właśnie wtedy coś usłyszałam. Na początku był to tylko cichy szelest suchych traw, ale potem usłyszałam już wyraźniejszy trzask łamanych gałęzi. Woźnica spojrzał na mnie, on też to usłyszał, jego oczy wyrażały zdziwienie, ale widziałam w nich też odrobinę niepokoju.
- Nie wiem kto  to, ale nie mogą wiedzieć, że jedzie z nami książę. Rozumiesz w czym rzecz?- spytał a ja wyczułam nutkę niepokoju również w jego głosie,
- Rozumiem- przytaknęłam i kiwnęłam głową, chcąc jeszcze bardziej o tym zapewnić.
I w chwilę potem, jakieś dwadzieścia metrów przed naszym wozem stanął człowiek. Miał czarne włosy z pojedynczymi, niebieskimi pasmami sięgające ramion, krył je czerwonym, trójkątnym kapeluszem z długim, białym piórem sterczącym w górę. Był niewysoki, dosyć wątłej budowy. Ubrany był w krwistoczerwony frak, pod którym miał śnieżnobiałą koszulę. Jego podbródek porastał kilkudniowy, ciemny zarost. Miał mały, zadarty nos, wąskie usta i małe, przenikliwe oczy skryte pod gęstymi, czarnymi brwiami. Jego mina wyrażała determinację, zimną determinację, oraz nieskrywaną wrogość. Usta wykrzywił w zdecydowanie wrogim uśmiechu, tak pasującym do jego oczu, a jego wrogie zamiary potwierdzała wymierzona w nas zakrzywiona szabla. Od razu można poznać, że to zwykły rzezimieszek, mimo wszystko uznałam, że wygląda dumnie i nie wydaje się być jednym z tych tępawych prymitywów które zwykło się spotykać na drodze. Wyglądał na jednego z tych mniej prymitywnych- co znaczyło, że jest albo bardziej niebezpieczny, albo o wiele łatwiej będzie się z nim dogadać.
Liczyłam na tą drugą opcję.
- No proszę, proszę...kogo my tutaj mamy...?- spytał podchodząc bliżej.- Wyjdźcie wreszcie zza tych drzew tępe mutanty- krzyknął chwilę po tym za siebie zirytowanym głosem, jednak i tak słychać w nim było nutkę sympatii. Miło było usłyszeć, że ma jakiekolwiek uczucia do kogokolwiek.
- Idziemy wyliniała jaszczurko- kilka sekund później dało się usłyszeć zza drzew.- nie bulwersuj się tak, bo robisz naszym ofiarom komedię za darmo.
Na drogę weszło trzech mężczyzn. Każdy z nich wysoki i szeroki w ramionach. Wszyscy trzej trzymali w rękach drewniane pałki. Wzdrygnęłam się na sam widok, co najwyraźniej zauważył ubrany na czerwono człowieczek.
-Och, panienko, nie denerwuj się, używamy ich tylko w razie oporu- zapewnił przymilnym głosem.- Mam szczerą nadzieję, że nie będziemy musieli ich użyć, szkoda by było przestawić takie ładne buźki, takim młodym osóbkom, nieprawdaż?- zaśmiał się nieprzyjemnie.
- Przepraszam pana, ale czy mogę całą sytuację wyjaśnić mojemu panu?- spytał Ash.- Prawdę mówiąc my dwoje nic nie możemy zrobić, bez jego zgody.
- Niech ci będzie- mężczyzna machnął swoją szablą na znak zgody.- Ale szybko, śpieszy mi się, Adela gotuje dzisiaj gulasz- ostatnie zdanie powiedział lekko rozmarzonym głosem.
Ashley podszedł do drzwiczek wozu i cicho spytał o coś księcia. Widziałam tylko jak machnął ręką, a potem odpowiedział woźnicy tak, że ponownie nic nie zdołałam usłyszeć.
- A więc rozwiązujemy sprawę polubownie, czy może wasz pan chce zgrywać bohatera?- spytał opryszek znudzonym głosem.
- Nasz pan uznał, że nie ma sensu z wami walczyć- wzruszył ramionami woźnica.- Nasz cały dobytek leży w skrzyni z tyłu wozu- powiedział to wszystko zrezygnowanym tonem. Słyszałam też w jego głosie nutkę rozczarowania i...gniewu.
- Miło się robi z wami interesy- powiedział mężczyzna i ruchem dłoni przywołał do siebie resztę złodziejaszków.- Zabierzcie wszystko i spadamy, gulasz Adeli czekać nie może.
W ciągu następnych kilku minut złodzieje opuścili wieko pustej już skrzyni z tyłu wozu, a jak odsunęli się na bezpieczną odległość, ruszyliśmy z kojącym stukotem kopyt w uszach. W jednej chwili straciłam humor. W tej walizce były prawie wszystkie moje ubrania, a na pewno wszystkie ciepłe. Jedyne co w tej chwili mnie chociaż trochę pocieszało, to to że udało mi się w ogóle ujść z życiem i to, że przynajmniej udało mi się uratować mój szkicownik. Mogę śmiało powiedzieć, że był dla mnie prawie bezcenny, ale jeśli by mi go odebrali, zapewne stałaby się rzecz jeszcze straszniejsza niż brutalny atak smutku na mnie. Jak pewnie pamiętacie, wewnątrz znajdował się portret księcia- podpisany w rogu "Książę Donghae". Nie wyobrażacie sobie nawet, jakie kłopoty mogłyby nam grozić, jeśli którykolwiek ze zbójów chociażby spróbował go otworzyć. Dlatego teraz spoczywał bezpiecznie ukryty...pod moją grubą, zimową spódnicą. Schowałam go tam właściwie impulsywnie, nie myślałam nawet o tym co robię, po prostu skorzystałam z okazji która nadarzyła się kiedy cała banda złodziejaszków stała za powozem przeszukując skrzynię. 
Po spokojnym, kulturalnym rabunku ruszyliśmy, my w jedną, a złodzieje w drugą stronę.
Jechaliśmy szybko, bez żadnego słowa, aż w końcu wyjechaliśmy spomiędzy gęstych, nagich drzew.
***
Wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Zimowego Pałacu w księstwie centralnym, należącego do Króla Leeteuka. Był to naprawdę imponujący budynek otoczony pięknymi ogrodami, które mimo zaczynającej się zimy zachwycały bogactwem barwnych roślin. Ja jednak wcale nie zwracałam uwagi na jego piękno, byłam okrutnie zmęczona i zdołowana rabunkiem. Jedyne co mi w tamtej chwili zostało, to szkicownik który wciąż spoczywał bezpiecznie ukryty pod materiałem mojej spódnicy, na moich kolanach. Zeskoczyłam z wozu w tym samym momencie co Ash. Wyglądał na wściekłego. Otworzył drzwi powozu i od razu jak głowa księcia z niego wyjrzała, zaczął mówić podniesionym głosem.
- Mieliśmy mieć eskortę już przed tym lasem!- krzyczał.- Nie wiesz może coś na ten temat książę?- był wściekły, nie panował nad sobą.
- Drogi Ashley- zaczął książę spokojnym tonem.- Eskortę miał przysłać mój drogi brat, ale chyba znowu postanowił zrobić sobie ze mnie żarty- wzruszył ramionami,- nie mam na niego żadnego wpływu.
- A co z naszymi rzeczami?- spytał wzburzony.- Dla ciebie może to nic, ale my nie należymy do rodziny królewskiej, nie tak łatwo nam kupić ubrania, czy inne tego typu rzeczy!
Na chwilę zapadła niezręczna cisza.
- Dobrze, zrobię coś z tym- Donghae zachował spokój- ale radziłbym ci zachować chociaż pozorny spokój, wokół są ludzie. Rozmówię się z moim bratem jeszcze przed zebraniem. A teraz, proszę, odprowadź powóz do powozowni, a konie do stajni. Porozmawiamy o tym później.
A ja o prostu stałam obok i próbowałam zrozumieć zaistniałą właśnie, dosyć niezrozumiałą sytuację. Niestety, moja krótka chwila wolności została szybko przerwana przez jakąś kobietę. Schwyciła mnie mocno za rękę i pociągnęła za sobą, mówiąc coś o wielkiej wadze preferencji księcia co do posiłków.
No tak, przecież w końcu byłam służącą.

czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 4

Nim się zorientowałam, minęły całe trzy miesiące, podczas których na zamku nie działo się zbyt dużo. Głównie pracowałam, a w przerwach spałam, albo rozmawiałam z Klarą. Najróżniejsze dodatkowe prace pojawiały się znikąd w najmniej spodziewanych momentach, ale moje podstawowe obowiązki się nie zmieniały, nie zbyt wiem czy można powiedzieć, że na szczęście, czy bardziej pasowałoby słowo "niestety". W pewnym krytycznej  chwili myślałam, że niektóre z tymczasowych obowiązków staną się stałymi pozycjami w moim w średnim stopniu zapełnionym grafiku, ale kiedy już się do nich prawie całkowicie przyzwyczajałam, nagle dostawałam coś całkowicie nowego do roboty, a to do czego się przyzwyczaiłam, lądowało na liście obowiązków całkowicie innej osoby. Bardzo często też podczas mojej pracy natykałam się na księcia, zwykle musiałam go też rano budzić żeby zjadł śniadanie punktualnie, bo inaczej mogło to źle podziałać na jego zdrowie. Zawsze czułam się wtedy dosyć niezręcznie, ale w tej konkretnej sytuacji jest to raczej zrozumiałe- w końcu dziwnie jest budzić kogoś będącego na szczycie drabiny społecznej. 
Książę zwykle budził się z promiennym uśmiechem na ustach i dobrym humorze, ale raz, albo dwa zdarzyło się, że gdy się budził widać było na jego twarzy głęboki smutek z maleńką domieszką strachu. Wtedy nie za bardzo wiedziałam co mam zrobić, czułam się zdezorientowana i zła na siebie, że nic nie mogę na to poradzić, ale książę po paru chwilach dla niepoznaki uśmiechał się blado, ale jego oczy pozostawały takie jak przedtem. Ten widok był jeszcze smutniejszy niż widok jego twarzy w tych dniach zaraz po przebudzeniu, ale za każdym razem przywoływał mnie do rzeczywistości i przerywał moje usilne próby wymyślenia czegoś, co mogłoby pomóc w takiej sytuacji, potem po prostu podawałam mu jego śniadanie, a w końcu wychodziłam z pokoju. Za każdym razem czułam się dosyć dziwnie i opuszczałam pokój w jak najszybszym tempie na jakie mogłam sobie pozwolić. Zwykle jednak nie było to takie proste, nie tylko w te owiane smutkiem dni, książę za każdym razem zagadywał mnie, a ja posłusznie odpowiadałam, starając się jednak bardzo dyskretnie przerwać tą, w pewien sposób, karykaturę miłej pogawędki, jednak to również nie było wcale łatwe, a co dziwniejsze, nawet to w pewnym stopniu lubiłam.
Lecz pewnego, chłodnego, ale pięknego jesiennego poranka, dostaliśmy nowy, zmieniony o sto osiemdziesiąt stopni rozkład prac i zajęć. Kiedy wstałam i doprowadziłam się do porządku, z drobnym poirytowaniem spojrzałam na wielką tablicę obowiązków służby i już miałam zamiar szukać mojego osobistego, szczegółowego grafiku, kiedy zauważyłam, że wcale nie byłam zaznaczona na liście osobnych obowiązków. Czując się całkowicie bezradnie, poszukałam rozbieganym wzrokiem Klary, mając ogromną nadzieję, że przynajmniej ona będzie wiedziała trochę więcej na ten temat. Na moje wielkie szczęście, stała tylko kilka kroków dalej, więc po prostu podbiegłam do niej i już miałam zadać pytanie na temat zniknięcia mnie z grafiku, kiedy z nieskrywanym entuzjazmem powiedziała głośno, a raczej wykrzyczała mi w twarz:
- Zostałyśmy przydzielone jako prywatne służące do konkretnych osób i ich pokoi! Niesamowite prawda!?
Nie widziałam w tym wtedy nic niesamowitego. Ani nie rozumiałam za bardzo jaki to miało sens, jeśli w ogóle jakiś miało...i jakie to może mieć konsekwencje w przyszłości. Postanowiłam od razu dowiedzieć się trochę więcej na ten temat, ale również w tym wypadku Klara uprzedziła swoją odpowiedzią moje pytanie. Jakby czytała w moich myślach.
- Będziemy miały poza tym razem pokój! Bo wiesz, mamy dwa pokoje do obsłużenia. Ja mam dwójkę, a ty jedynkę. Super co nie?- tym razem od razu zrozumiałam znaczenie jej słów, ale przytaknęłam nerwowo próbując się uśmiechnąć, jednak moja twarz wcale nie chciała ze mną współpracować.
- Super- odpowiedziałam bez zbytniego, żeby nie powiedzieć żadnego, entuzjazmu.
- Plan pracy do odebrania masz w pokoju przełożonej. Nasz pokój to ten na końcu tego korytarza, ten z zielonymi drzwiami.
Po natychmiastowym odebraniu nowego, własnego planu od przełożonej, poszłam od razu przenieść moje rzeczy do nowej sypialni. Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu, bo tak na prawdę nie miałam za wiele własnych rzeczy. Kilka ubrań, szkicowniki i dwa, nieduże pudła. Jedno pudło wykorzystywałam do przechowywania kredek, a w drugim trzymałam najróżniejsze rzeczy znalezione podczas pracy. Niektóre ze znalezisk mogły wydawać się bezwartościowe i bezużyteczne, ale dla mnie miały zawsze wartość emocjonalną, były nićmi łączącymi moje aktualne życie z dawno minionymi chwilami i najróżniejszymi wspomnieniami.
Od razu po swojej skromnej "przeprowadzce" zabrałam się do swojej pracy. Na początku nie miałam zbyt wielkich zmian w planie. Miałam po prostu podać księciu śniadanie. Potem podczas jego nieobecności musiałam wyczyścić i odświeżyć jego pokój i ostatecznie miałam być na jego każde wezwanie- nie ważne co bym robiła w danej chwili, czy bym sprzątała, wynosiła pranie czy cokolwiek innego- musiałam wysłuchać każdego wydanego przez niego rozkazu. Poza tym miałam kilka pośrednich obowiązków, ale one nie należały do najtrudniejszych, ani wymagających dużej ilości czasu na ich wykonanie.
Zabrałam się więc w końcu do pracy.
Tak jak wiele razy wcześniej, weszłam cicho, z tacą wypełnioną smakowicie wyglądającym jedzeniem, do pokoju księcia. Tym razem też jeszcze spał, wyglądając przy tym nieprawdopodobnie niewinnie. Aż żal było mi go budzić ze snu, które tym razem musiały być przyjemne, bo książę uśmiechał się, co jeszcze bardziej hamowało mnie przed budzeniem go. Ale niestety, to też było częścią mojej pracy, a dokładniej było to "zadbanie o to, żeby książę nie zaniedbywał swoich obowiązków i robił wszystko według harmonogramu ustalonego przez dworskich sekretarzy."
- Panie, już czas wstawać- powiedziałam jak zwykle, starając się by mój głos nie był zbyt twardy, ani zbyt miękki. Czyli innymi słowy, żeby zbudził księcia, ale żeby nie zrobił tego zbyt gwałtownie. Tak jak zwykle, uzyskałam pożądany efekt i książę obudził się. Trochę wstyd mi to przyznać, ale bardzo lubiłam patrzeć jak otwiera swoje cudownie-niesamowite oczy. Tym razem były wesołe, co od razu również mi poprawiło humor. Kiedy już usiadł, opierając się o miękki tył łoża, haftowany w czarno-błękitne róże, z uśmiechem podałam mu tacę ze śniadaniem, tak jak ostatnio sobie zażyczył. Skłoniłam się usłużnie, życzyłam mu smacznego i obróciłam się w stronę wyjścia. Jednak niestety, nie uszłam za daleko.
- Mogłabyś chwilę jeszcze zostać?- usłyszałam głos księcia. Odwróciłam się.- Pomyślałem, że mógłbym z tobą przy okazji porozmawiać.
- Dobrze, panie- kiwnęłam głową. Ale i tak przecież nie mogłam się nie zgodzić.
- Usiądź- powiedział przyjaznym głosem, a ja rzecz jasna posłuchałam, w chwilę później siedziałam już naprzeciwko łóżka na hebanowym krześle.- Ech...od czego by tutaj zacząć...?-powiedział bardziej do siebie niż do mnie.
- Może od pomarańczy?- zaproponowałam natychmiastowo, a książę zaśmiał się cicho pod nosem.
- Nie koniecznie o to mi chodziło- powiedział z miłym uśmiechem rozjaśniającym jego twarz.- Zastanawiałem się bardziej nad tym, jak rozpocząć rozmowę.- Czy mówiłam już że kiedy się uśmiechał wyglądał jak anioł? Jeśli nie, to piszę to właśnie tutaj- wyglądał jak anioł za każdym razem kiedy się uśmiechał.- A więc... Chciałem się przede wszystkim spytać, dlaczego tak szybko uciekasz a każdym razem kiedy już się tutaj znajdziesz?- spojrzałam na niego trochę zdezorientowana i ponownie, nim zdążyłam się zorientować, zachwycił mnie jego uśmiech.
- Emm...-myślałam chwilę nad odpowiedzą. Chciałam odpowiedzieć zgodnie z prawdą...ale sama nie wiedziałam dokładnie jaka to była prawda.- Cóż...po prostu nie chcę opóźniać pracy...-czy to była prawda? Wciąż nie wiedziałam. Ale w głębi serca czułam, że tak na prawdę to nie był jedyny powód.
- Rozumiem...ale na szczęście teraz już raczej nie będziesz się nigdzie indziej śpieszyć- Donghae powiedział to z tajemniczym, całkowicie innym niż wcześniej uśmiechem i zjadł kawałek pomarańczy.- No chyba, że ja ci każę gdzieś iść. Ale wtedy sytuacja wygląda trochę inaczej. Nie sądzisz?
-Tak, książę- przytaknęłam, chociaż jego słowa nie były zbyt logiczne.- A więc życzysz sobie jeszcze czegoś panie?- spytałam, mając nadzieję na to, że ma jakieś normalne, książęce zachcianki, a ja będę miała jakieś konkretne zajęcie.
- Może poczęstujesz się ciastkiem?- zaproponował, a ja od razu poczułam się trochę niezręcznie. Bo komu nie byłoby głupio jeść z księciem, a do tego jeszcze jego śniadanie?- Nie musisz czuć się niezręcznie i tak zawsze kilka mi zostaje, więc czemu by kogoś nimi nie poczęstować?- uśmiechnął się zachęcająco i wciąż trochę zdezorientowana wzięłam jedno ciasteczko.
- Dziękuję- powiedziałam i nieśpiesznie zjadłam ciastko, które okazało się bardzo smaczne, on w tym czasie na poważnie zabrał się do jedzenia.
Przez pewien czas książę kończył swoje śniadanie, a kiedy już taca została prawie pusta, podał mi ją żebym odłożyła na wózek stojący obok. Tak też zrobiłam. Wtedy zamierzałam się jak najszybciej cicho ulotnić, jednak zanim jeszcze wstałam z krzesła, książę Donghae ponownie się odezwał.
- A więc przejdźmy do konkretów...-zaczął przeciągając się.- Zatrzymałem cię tutaj trochę dłużej, bo chciałem się o coś spytać. Miałem to zrobić już dawno, ale zawsze wychodziłaś zanim całkowicie się obudziłem- spojrzałam wtedy na niego pytającym spojrzeniem. Po krótkiej chwili ciszy kontynuował.- Mianowicie, ciekawi mnie bardzo pewna rzecz, a konkretnie chodzi mi o to, dlaczego uciekłaś z plaży podczas spaceru około, plus minus, trzech miesięcy temu?
- Słucham?- byłam zdziwiona bezpośredniością tego pytania. Nie zbyt wiedziałam jak zachować się w takiej sytuacji, więc po prostu wpatrywałam się z pytającą miną w księcia, oczekując bardziej prostego ujęcia tego w słowa.
- Po prostu pytam, jaki był powód twojej, że tak to ujmę, ucieczki- książę wzruszył ramionami
i spojrzał na mnie ponaglająco. Zawahałam się jeszcze przez krótką chwilę, która wydawała mi się długą godziną, albo nawet wiecznością.
- No więc...-zaczęłam niezgrabnie.-Po prostu mam złe wspomnienia. Tylko tyle, panie.
- Hmm...-zamyślił się na chwilę- A jeśli spytałbym co to za wspomnienia, odpowiedziałabyś?
- Nie sądzę- odpowiedziałam tym razem bez wahania. A prawdę mówiąc, chyba zbyt szybko- Zapewne nie mogłabym wydusić z siebie słowa po pierwszym zdaniu, jeśli więc chcesz znać szczegółowo powód panie, będę niestety musiała odmówić- skłoniłam się przepraszająco, siedząc na krześle, które okazało się dosyć wygodne.
- Oczywiście, rozumiem- skinął głową potwierdzając swoje słowa.- Postaram się nie poruszać nigdy tego tematu.
- Dziękuję, panie- kłaniając się, wstałam z krzesła, mając zamiar już wyjść.
- Mogłabyś zostać jeszcze chwilę?- spytał.- Brakuje mi ludzkiego towarzystwa.
- Tak panie- zostałam w tym samym miejscu.- Mogłabym też o coś spytać?
- Oczywiście. O co chciałabyś spytać?- nie sądziłam, że książę aż tak szybko się zgodzi, nie myślałam nawet czy w ogóle się zgodzi, ale ucieszyłam się.
- Chciałam tylko spytać, jak tak na prawdę wygląda codzienność tak ważnej osoby jak ty, panie?- spytałam, a po chwili zdałam sobie sprawę, że mój głos mógł brzmieć zbyt pewnie, a do osób o wyższym statusem społecznym, a książę miał o wiele wyższy status społeczny ode mnie, należało się zwracać z uniżeniem.
Wbrew moim wątpliwościom, książę odpowiedział.
-Cóż...rzadko kiedy muszę odpowiadać na takie pytania...-początkowo niby się wahał, lecz wyczułam w tym wypracowany odruch wzmacniania napięcia u słuchacza.- Ale zwykle trochę trudno mi na nie opowiadać, bo wiem, że pozory wyglądają trochę inaczej niż szara rzeczywistość...ale tak to zwykle jest, a ludzie mogą uznać, że kłamię, że przesadzam. Co do mojej codzienności... Wstaję czasami o tej, czasami o innej niż dzisiaj porze, zwykle wcześniej, potem jem śniadanie, na które mam przeznaczoną całą godzinę. Jest to dosyć nielogiczne, bo zwykle kończę w mniej-więcej dziesięć minut. Ale szczerze mówiąc, są to moje jedyne chwile wolności, że tak to ujmę, bo później mam już ustalony grafik. Po doprowadzeniu się do porządku, zaczynam przyjmować posłańców z innych części kraju, a w przerwach podpisuję kolejne góry denerwujących papierków, decydujących jednak najczęściej o tak ważnych, że nie mogę ich pominąć, czasami rozstrzygam też jakieś poważniejsze, lub mniej poważne, codzienne jak i te niecodzienne spory między okoliczną ludnością. Potem dopracowuję szczegóły tego i owego, a w międzyczasie zjadam obiad i kolację. Wczesnym wieczorem są raczej przyjemne lekcje jazdy konnej, a później, na szczęście jest to już ostatnia rzecz do zrobienia, muszę odpisać na przynajmniej dziesięć kwitków grzecznościowych, głównie od ludzi których na oczy nie widziałem, ale byliśmy na tym samym bankiecie, albo innym większym lub mniejszym spotkaniu, albo balu-skończył i odetchnął głęboko.- Dodam, że te świstki głównie denerwują, a prawdopodobnie i tak zwykle służą jako podpałka do kominka. Przynajmniej my to z nimi robimy kiedy już odeślemy odpowiedzi.

Od razu wyobraziłam sobie ciepły, przyjemny, kamienny kominek, w nim trzaskający miło ogień i wpadające do niego małe karteczki z różnymi grzecznościami, od różnych ludzi, niektórych całkowicie obcych, niektórych znajomych. Sama zaczęłam się nagle głęboko zastanawiać, jaki jest sens pisania takich liścików, a szczególnie do ludzi których widzieliśmy tylko kilka razy, albo raz, może nawet wcale i nie zamieniliśmy z nimi nawet słowa, a ostatecznie i tak nasza ciężka praca idzie na marne zostając łanie wyglądającą podpałką do pieca, a pewnie nierzadko taki liścik nie jest nawet raz przeczytany. W tej jednej chwili nie myślałam wcale o tym, jacy ludzie są bezduszni i zakłamani, ale o tym, że jeden, mały, z pozoru wyglądający na przyjazny i ciepły kominek, może być grobem dla kilogramów ozdobnego papieru listowego. robiło mi się trochę smutno, bo nie lubiłam kiedy jakakolwiek praca szła na marne. Dlatego też byłam tak okrutnie niezadowolona kiedy sprzątałam niesamowicie biały pokój pod numerem trzecim. Ale na szczęście, teraz już w żadnym wypadku mnie to nie czekało, więc uśmiechnęłam się do siebie z ulgą i w żadnym stopniu nieskrywaną radością. Wtedy też nagle przypomniałam sobie, że jestem w pokoju księcia, który w tamtej chwili patrzył na mnie z dosyć dziwnym wyrazem twarzy, może zdziwionym, może trochę przestraszonym, ale na pewno rozbawionym. Trochę się zmieszałam, bo akurat wtedy porwał mnie wir rozmyślań, kiedy powinnam całkowicie skupić się na pracy.

- Przepraszam, zamyśliłam się- skłoniłam się przepraszająco.- Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić, panie?
-Tak, mogę prosić cię o...
***
Mimo, że miałam dosyć dużo do zrobienia, a nawet bardzo, według mnie ten dzień był dosyć miły, głównie dlatego, że mimo iż byłam tylko służącą, książę okazał się bardzo miłą osobą, nawet dla osób mojego pokroju. Jego opis zwykłego dnia okazał się niezwykle prawdziwy, bo tak na prawdę praktycznie nie różnił się od tego co było na prawdę. Za każdym razem kiedy mnie do siebie wołał, był bardzo zapracowany, a z jego twarzy zniknął ten zachwycający uśmiech, wyglądał wręcz na głęboko pogrążonego w smutku. Nie wiedzieć czemu, za każdym razem kiedy tylko go widziałam, robiło mi się smutno z jego powodu. Mimo wszystko wiedziałam, że nic nie mogłam z tym zrobić, nawet nie znałam dokładnej przyczyny jego smutku, więc po prostu maksymalnie skupiłam się na wykonywaniu wydawanych przez niego poleceń. Od nalania herbaty, przez podanie przekąsek kolejnym gościom, aż do zaniesienia do jego sypialni wielkiego stosu dokumentów. Miałam oczywiście kilka chwil spokoju, na przykład podczas obiadu i kolacji. W tym czasie próbowałam narysować jego twarz z pamięci, najdokładniej jak potrafiłam, robiłam to z wielką przyjemnością, mimo że ciągle gonił mnie czas. Ale mój skromny szkic zaczynał powoli nabierać wyraźnych kształtów i aż sama zdziwiłam się, że aż tak dobrze zaczęłam, bo zwykle moje początkowe szkice wyglądały dosyć krzywo, a tym razem wyszedł prawie idealnie. Jednak jak już wcześniej wspomniałam, nie zdążyłam za wiele zrobić, a kiedy właśnie miałam zamiar na poważnie rozpocząć kolorowanie, książę znów zawołał mnie do siebie z prośbą o przyniesienie przekąsek dla kolejnego posłańca, wydawało mi się wtedy, że to już setny. To był jedyny moment kiedy wykonywałam swoją aktualną pracę z widocznym ociąganiem, jednak bardzo lubiłam robić to co robiłam. Moja praca nie była jakoś bardzo ciężka, a książę nie wyżywał się na mnie. Po prostu spełnienie marzeń służącej! Nie byłam zbyt wymagająca patrząc na to z perspektywy czasu.
Wieczorem jednak, czułam ogólne zmęczenie. Weszłam do swojego pokoju i od razu, z głośnym westchnieniem ulgi rzuciłam się na swoje łóżko, rozbawiając tym samym Klarę siedzącą na krześle w rogu naszego wspólnego pokoju.
- Co się śmiejesz?-spytałam niby zaczepnie, podnosząc do góry głowę, żeby móc ją zobaczyć.
- A nic nic...-powiedziała niby przerażonym głosem i obydwie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Jak tam praca?- spytałam, siadając na łóżku w normalnej pozycji, przy okazji pozbywając się butów ze zmęczonych stóp. Poczułam przy tym niezwykłą ulgę, co skwitowałam kolejnym westchnieniem.
- Szczerze? Bałam się, że Irene będzie bardziej rozwydrzona i rozpieszczona, w końcu to księżniczka, ale okazała się na prawdę miłą osobą i bardzo się cieszę, że akurat jej zostałam przydzielona-uśmiechnęła się pod nosem i wtedy zauważyłam, że ona też była zmęczona.- A jak tam twoja praca?
- W sumie już wcześniej miałam okazje przynosić mu śniadanie, ale dopiero dzisiaj przekonałam się, że przebywanie w jego towarzystwie nie jest aż tak niezręczne, jak mi się wydawało i że w sumie to przyjemnie się dla niego pracuje-zaczęłam, po czym wzięłam głęboki wdech.- Bo wcześniej myślałam, że Książę Donghae jest dosyć... nadęty, ale okazał się po prostu zmęczony...tak jak my teraz-po raz kolejny wybuchnęłyśmy śmiechem, w końcu nikt nam tego nie zabronił, a śmiech to zdrowie.
- Ale serio książę zajmuje sypialnię numer jeden?-spytała mnie w pewnym momencie, po tym jak już przestała się śmiać.
- Tak...ale czy to nie było wiadome?- tym razem ja zadałam pytanie, byłam trochę zdziwiona, że tego nie wie.
- Nie. To, kto w którym pokoju sypia jest tajemnicą i jeśli nie pracujesz w którymś z nich, to nie wiesz kto tam mieszka. No chyba, że ktoś ci powie-zakończyła po krótkim namyśle.
- Czyli...nie za bardzo będziesz pewnie wiedziała kto mieszka po trójką?-spytałam i nawet ja usłyszałam w swoim głosie głębokie rozczarowanie.
- Nie nie bardzo- pokręciła przecząco głową.- A czemu chciałabyś to wiedzieć?
- Cóż...bo chodzi o to, że jakieś trzy miesiące temu, rozmawiałam tam z bardzo dziwną kobietą. Rozmowa również nie należała no najnormalniejszych. Ale...-zrobiłam krótką pauzę zastanawiając się jak ująć moje myśli w słowa- nie do końca wiem kto to był.
- Aaa...no niestety nie pomogę ci- Klara tylko wzruszyła ramionami.- Może jak dowiesz się kto tam pracuje to wtedy ten ktoś ci powie.
- A nie wiesz może przypadkiem kto tam może pracować?- spytałam z nadzieją na pozytywną odpowiedź, mimo że szanse na to, że Klara wie kto tam pracuje były nikłe.
- Niezbyt, musiałabyś popytać innych- wzruszyła ponownie ramionami i westchnęła głośno.- Też popytam jak coś, pomogę ci. A w ogóle... po co chcesz to wiedzieć?
- A tak z ciekawości. Ale dziękuję- czułam się trochę-a nawet bardzo- rozczarowana, chociaż to było to przewidzenia.- Chyba dokończę rysować...-powiedziałam bardziej do siebie i Klara najwidoczniej rzeczywiście tego nie usłyszała.
Wyjęłam swój szkicownik spod łóżka, wygrzebałam z drewnianego pudełka ołówki i zabrałam się do wykańczania rysunku przedstawiającego księcia. Musiałam wypełnić cały początkowy szkic i wycieniować cały rysunek. To była ciężka, wymagająca dużej dokładności i skupienia praca, jednocześnie była też dosyć czasochłonna. Wiedziałam, że zajmie mi to więcej niż jeden wieczór, ale mimo to wydawało mi się, że i tak to będzie najszybciej skończona przeze mnie praca. Starałam się z największą dokładnością na jaką było mnie stać odwzorować twarz księcia, chciałam ująć w swoim rysunku każdy najmniejszy szczegół. Okazało się, że o dziwo bardzo dobrze pamiętałam jego twarz, jakbym już wcześniej rysowała go setki razy. Wiedziałam w jaki sposób się uśmiechał, jak układały się jego włosy, znałam każdy szczegół dotyczący jego wyglądu. Było to dosyć niepokojące, ale bardzo ułatwiało mi pracę, więc przestało mi to sprawiać jakikolwiek dyskomfort. Prawie instynktownie poruszałam dłonią, kreśląc coraz to nowe kreski, cieniując coraz to nowe powierzchnie, a twarz na kartce nabierała coraz więcej życia. Wpadłam w pewien rodzaj transu- nic poza kartką i trzymanym w ręce ołówkiem się nie liczyło, świat stał się tylko bladym tłem do mojej pracy i myśli. Zajęłam się  w końcu oczami rysunkowego księcia i wtedy na chwilę wstrzymałam swoją pracę. Zdałam sobie sprawę, że nie uda mi się w stu procentach odwzorować ich doskonałości, ich głębi, tego miłego spojrzenia którym darzył wszystkich dookoła. Mimo to, już z mniejszą zaciętością spróbowałam przenieść to piękno na kartkę. Tak jak się spodziewałam, nie oddawały w stu procentach tego co było w rzeczywistości. Zasmuciło mnie to, przez co nawet nie zauważyłam, że rysunek był już skończony, siedziałam tylko wpatrując się w te niedoskonale narysowane oczy pogrążona w braku satysfakcji z wykonanej właśnie pracy. Byłam całkowicie poza  swoją świadomością, kiedy poczułam że ktoś szarpie mnie za ramię, to wyrwało mnie z odrętwienia.
- No wreszcie, myślałam, że odleciałaś na dobre- usłyszałam pełen ulgi głos Klary.- Co się z tobą działo? Przestraszyłaś mnie.
- Emm...rysowałam- odpowiedziałam i w końcu w stu procentach powróciłam do "świata żywych".
- Łał...- Klara zamilkła na dłuższą chwilę i po prostu wpatrywała się w mój rysunek.- Genialnie rysujesz...ale dlaczego w taki... dziwny sposób?
- To znaczy?- nie zbyt rozumiałam o co jej chodziło z "dziwnym sposobem rysowania".
- No wiesz...niby byłaś tutaj, ale tak jakbyś duchem była gdzieś indziej. Pa tym twoja ręka ruszała się tak szybko, jak jeszcze nigdy nie widziałam. To trochę straszne...
- Jak tak to ujęłaś...to rzeczywiście brzmi strasznie- podniosłam swój szkicownik z pościeli i zamknęłam go płynnym ruchem.- W sumie to...za szybko to skończyłam. Normalnie zajmuje to dłużej...nawet o wiele dłużej. Nie sądzisz, że to dziwne?- popatrzałam na nią pytająco, ale wzruszyła tylko ramionami.
- Wiesz, ja zbytnio na tym się nie znam. Rysowałam tylko kiedy mi kazali i zwykle wyglądało to dosyć marnie, a trwało dosyć krótko, bo niezbyt lubię rysować. Wolę podziwiać pracę innych.
- Aha. Nie wiem jak ty, ale chyba pójdę spać- bez zbędnych słów skierowałam się do łazienki, żeby się przebrać.
Z wielką ulgą zdjęłam swoje ubranie robocze i włożyłam długą, białą koszulę nocną. Rozpuściłam włosy, które wcześniej związane były w luźny warkocz. Dopiero wtedy poczułam jak bardzo byłam zmęczona, a potwierdziło to jeszcze długie ziewnięcie. W końcu jednak mogłam iść spać, miałam spokój. Ze zmęczonym uśmiechem na twarzy odgarnęłam swój koc, poprawiłam miękką, białą poduszkę, położyłam się i prawie natychmiast usnęłam.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Rozdział 3

Tamtego dnia nie działo się już absolutnie nic specjalnego. Spokojnie zjadłam kolację, prowadząc przy tym z innymi służącymi zaiste interesującą rozmowę o tym, kto co robi i gdzie kto teraz ma przydział, a przy okazji dowiedziałam się że przed moim przyjazdem nastąpiła konkretna zmiana grafiku. Nic ciekawego nie działo się też potem.
Następnego dnia obudził mnie melodyjny dźwięk trąbki, jak okazało się później, mają tutaj specjalnie wynajętego dorywczo trębacza, który za nocleg w jednym z pomniejszych pokoi, pełni funkcję budzika dla służby. Wydało mi się to dosyć ciekawe...i o wiele przyjemniejsze od walenia w gong. Wstałam z dosyć dobrym humorem i razem z innymi ruszyłam do grupowej łazienki, zupełnie innej niż ta, z której dane było mi korzystać dnia poprzedniego. Byłam przyzwyczajona do tego że służący praktycznie wszystko robią grupowo, więc od razu przygotowałam się na maksymalny brak prywatności. Jak bardzo się zdziwiłam kiedy okazało się, że tutaj, chociaż jej minimum jest zapewnione- kabiny prysznicowe były odgrodzone ściankami, a przebieralnie były osobne. Ucieszyło mnie to ogromnie, bo w poprzedniej posiadłości, służba nie miała takich udogodnień. Tam, była jedna, mała sala, w której ścianach były stare, zardzewiałe krany z wodą, a po środku stały umywalki, w szafkach pod nimi leżały szczotki do włosów, do zębów, mydła, nasze gąbki i ręczniki. Przy tamtej łazience, to miejsce w którym się znalazłam mogłam śmiało nazwać nawet luksusowym.
Dosyć szybko doprowadziłam się do porządku, oczywiście od razu po ogarnięciu samej siebie zabrałam się do pracy, czyli dla odmiany do ogarniania wszystkiego dookoła. Pierwsza rzecz którą miałam zrobić, należała normalnie do dziewczyny, która wczoraj pracowała za mnie, a tą pierwszą rzeczą, było zaniesienie śniadania do pokoju numer trzy. Zdziwiłam się trochę, bo nie sądziłam, że ktoś, kto mieszka w zamku i prawdopodobnie należy do rodziny królewskiej, je śniadanie o tak wczesnej porze, czyli już o piątej pięćdziesiąt. Ale kto bogatemu zabroni? Popędziłam więc szybko do kuchni, bez pytania, tak jak wcześniejszego dnia kazał mi zrobić to kucharz, zabrałam wózek i wtaszczyłam go po pochylni w korytarzu dla służby na piętro sypialniane. Wczoraj nie przyjrzałam się za bardzo rozkładowi pokojów w tym korytarzu, więc od razu rozpoczęłam poszukiwania drzwi z numerem trzy. Uważnie oglądałam każde mijane po drodze, ale dopiero przedostatnie drzwi przy lewej ścianie miały wyryte piękne, pozawijane "3". Tak jak poprzedniego dnia w przypadku drzwi numer jeden, zapukałam delikatnie w ich powierzchnię i tym razem usłyszałam głośne "wejść proszę", więc otworzyłam drzwi i wprowadziłam drewniany wózek  wypełniony jedzeniem do pokoju. Jeśli miałabym wtedy ten pokój opisać jednym słowem, powiedziałabym tylko, że jest niesamowity, bo nic innego nie przyszło mi wtedy do głowy, byłam po prostu zachwycona. Wszystko było prawie całkowicie białe, tak nieskazitelnie białe i lśniące, że wydawało się nierealne. Jedynie różowe niebo zabarwione przez wschód słońca, zaglądające przez wielkie okna miało kolor. Każda znajdująca się w tym pokoju rzecz wydawała się niebiańsko puszysta i miękka, a powietrze w pokoju pachniało mleczną czekoladą i mlekiem. Prostokątny, również biały dywan miał wyszyte srebrną nicią piękne, wyglądające prawie całkowicie realnie róże, a na krawędziach biegły srebrno-białe frędzelki. W długich, zakończonych łukami oknach wisiały lekkie, półprzeźroczyste, wyszywane połyskującą nicią w kwiatowe wzory zasłony, również były białe. Pod oknem stała połyskująca, biała toaletka, ozdobiona kwiatami wyrzeźbionymi z kości słoniowej, stały na niej perfumy w przeźroczystych flakonach i leżały piękne, srebrzyste grzebienie. Z sufitu zwieszał się cudowny, kryształowy żyrandol, który tworzył ze światłą wpadającego przez okna tęcze odbijające się na nieskazitelnie białych ścianach, dodawały one życia całemu pomieszczeniu. Po środku pokoju stało wielkie, białe łoże z delikatnym, połyskującym baldachimem i wyrzeźbionymi gołębiami na jego ramie z jasnego drewna. Pościel również była otrzymana w biało-srebrnej  kolorystyce i wydawała się być zrobiona z puszystych, odległych i nieosiągalnych chmur, wyglądała taka delikatnie. Na tym wielkim łożu, leżała delikatna, również sprawiająca wrażenie stworzonej tylko z mgły, rosy i chmur, kobieta. Jej niesamowicie blada twarz, okolona była długimi, prostymi, białymi włosami, a sama twarz przywodziła na myśl śniącego anioła, bo owa piękna postać miała zamknięte oczy, a jej twarz rozjaśniał ciepły uśmiech. Stałam tak w drzwiach wpatrując się we wszystko po kolei, zachwycając się każdym dojrzanym szczegółem, aż kobieta otworzyła swoje oczy, które okazały się czarne jak niebo w bezksiężycową noc. Przeszły mnie ciarki na plecach.
- Przywiozłam śniadanie, madame-powiedziałam jak najmilej potrafiłam i podjechałam bliżej kobiety. A ona nic. Leżała z otwartymi oczami, które uparcie wpatrywały się w sufit. Poczułam się jeszcze bardziej niezręcznie niż poprzedniego dnia, mimo że wydawało się to niemożliwe. Odetchnęłam głęboko, nerwowo poprawiłam włosy i podeszłam aż pod samo łoże kobiety.
- Gdzie zostawić, madame?- spytałam wyraźnie i głośno, jednak nie od razu uzyskałam odpowiedź. Kobieta podniosła się powoli do siadu, poprawiła swoje zmierzwione przez noc białe włosy i głośno wciągnęła powietrze do płuc. Dopiero po wykonaniu tych czynności się do mnie odezwała.
- Zostaw tutaj, tu gdzie stoi- dokładnie to powiedziała. Jej głos był twardszy niż mogło się to wydawać widząc tak krucho wyglądającą osobę. Zastosowałam się do polecenia, odstawiłam wózek z jedzeniem, ukłoniłam się i zaczęłam się kierować do wyjścia.- Stójże kobieto, podejdź bliżej- odwróciłam się i zobaczyłam jak kobieta przywołuje mnie ręką. Posłusznie podeszłam, tym razem szybciej. Nachyliłam się nad jej łożem żeby móc ją usłyszeć.
- Słucham, pani?- powiedziałam i zastygłam nachylona nad leżącą kobietą.
- Wyprostuj się, jeśli możesz,- jej głos stał się szorstki, ale posłuchałam. Stanęłam prosto, wciąż nasłuchując.- A więc, to pewnie ty jesteś tą dziewczyną z wczoraj...? To znaczy tą która bez żadnego ostrzeżenia zemdlała...?
- Wychodzi na to, że tak...pani- przytaknęłam, w ostatniej chwili dodając zwrot tytułujący.
- Rozumiem...- pokiwała głową, a potem znowu spojrzała na mnie.- Czy pamiętasz cokolwiek po tym jak upadłaś? Albo z momentu w którym upadałaś?- spytała. Co ciekawsze całkowicie poważnie.
- Emm...- zamyśliłam się chwilę, może jednak coś pamiętałam...lecz moje starania na nic się nie zdały, Nic, a nic nie pamiętałam.- Nie, pani, nic nie pamiętam. Przykro mi- skłoniłam się ukazując skruchę. Jak się okazało- całkowicie niepotrzebnie.
- Nie masz za co przepraszać- bladolica kobieta machnęła ręką.- Nawet lepiej jeśli nie pamiętasz, dla twojego dobra. Nie pytaj o co chodzi, bo i tak nie odpowiem, mam takie prawo. Tak będzie lepiej...dla wszystkich- słowa wysypywały się z jej ust z niebywałą prędkością.
- Tak, pani- skłoniłam się ponownie.- Mogę coś jeszcze dla pani zrobić?
- Ech, dziewczyno...- jej głos wyrażał poirytowanie.- Jedyne co możesz dla mnie teraz zrobić, to zostawienie mnie w spokoju. Żegnam.
- Miłego dnia, pani- po raz kolejny się ukłoniłam i w końcu wyszłam z jej pokoju. 

Korytarz po wyjściu z białej sypialni, wydał mi się niesamowicie ciemny, a owa ciemność zdawała się otulać mnie swoimi lepkimi mackami, była okrutnie przytłaczająca. Było to w pewnym sensie przerażające, więc jak najszybciej tylko potrafiłam, opuściłam korytarz główny i resztę drogi przeszłam dużo ciemniejszym, ciasnym przejściem dla służby. Tam jednak, o dziwo, to dziwne uczucie otulania przez ciemność natychmiast mnie opuściło. Mimo wszystko postarałam się, żeby jak najszybciej wyjść i wkrótce dotarłam do pralni, skąd miałam zabrać pranie i wywiesić je na sznurkach na polu do tego przeznaczonym, które znajdowało się zaraz za ogrodem warzywnym. Nie był to mój stały obowiązek i w tamtej chwili, jak również później, na prawdę się z tego cieszyłam. A było z czego! Jeden wypełniony po brzegi kosz z praniem ważył około dziesięciu kilogramów, a żeby przejść przez ogród warzywny do pola ze sznurkami, trzeba było pokonać dokładnie pięćset metrów krętych ścieżek ogrodu, dodam, że do wywieszenia były aż trzy kosze, czyli musiałam przebyć łącznie trzy kilometry. No po prostu żyć nie umierać! Ale jak wiadomo, jak trzeba, to trzeba, więc dzielnie niosłam kosz w te i wewte, nie zważając na uporczywy ból ramion i nóg, jednak wytrwałam tylko dlatego, że uważałam to za o wiele lepszy los, od mycia poplamionego tortem dywanu zimą w prawie całkowicie zamarzniętej rzece. Po minięciu dokładnie dwóch godzin, wszystkie ubrania były już porządnie powywieszane...a mi została tylko jedna, ostatnia już trasa w stronę zamku, a w nim czekające na mnie, upragnione śniadanie. Ruszyłam więc pół-energicznym krokiem, po krętej, kamiennej ścieżce, mając w końcu czas na podziwianie wszystkiego co znajdywało się dookoła mnie. Ogród warzywny- nazwa nie brzmi zbyt ekscytująco, ale pomijając pozory, mogłam szynko zauważyć, że sam ogród jest niesamowity, głównie z powodu najróżniejszych roślin w nim rosnących, również takich jakich nigdy wcześniej nie widziałam i nawet ich sobie wcześniej nie wyobrażałam, ale też powodu niezwykłych zapachów unoszących się w powietrzu. Mięta, majeranek i inne zioła, wprawiały mnie w stan dziwnej błogości. Co chwilę zatrzymywałam się żeby powąchać, albo dokładnie obejrzeć rośliny, które tym razem wzbudziły we mnie większą ciekawość niż wczoraj. W pewnym momencie zaczęłam nucić cicho pod nosem piosenkę którą kiedyś podsłuchałam od jednej z goszczących u Madame Musick dam...
To była wiosna gdy,
pojawiły się sny,
a świat znów zakwitnął.
Kolory tu i tam,
aż w końcu cały świat,
wypełnił się muzyką...
A wtedy obok mnie przebiegł ogniście rudy kot, trzyma w pyszczku zdechłą mysz. Spojrzałam za nim, ale zobaczyłam tylko koniec jego rudego ogona, ale po krótkiej chwili również on zniknął gdzieś między krzewami papryki. Wzruszyłam ramionami i już normalnym krokiem i bez żadnych podśpiewywań ruszyłam do drzwi, które były już dobrze widoczne zza plątaniny winorośli. Po kilku krokach uznałam, że najszybciej chyba byłoby pobiec i już miałam przyspieszyć, kiedy przypomniałam sobie o pewnym, małym szczególe. Mianowicie o tym, że w tych butach które miałam na sobie, mogłabym sobie coś zrobić, mimo tego, że obcas nie był duży, wolałam zachować stuprocentową ostrożność. Powolnym krokiem wymijałam kolejne grządki i dopiero po kilku minutach wreszcie otworzyłam drzwi i weszłam do pachnącej świeżością pralni, szybkim krokiem przeszłam przez jej środek i w końcu wyszłam na klatkę schodową, na której początku była jadalnia dla służby.
Na śniadanie była pożywna owsianka i świeża woda do popicia.Rozmawiając z innymi, zjadłam bez pośpiechu swoją porcję. Przy stole panowała bardzo miła atmosfera, każdy mógł coś powiedzieć, nit nikogo nie obrażał i każdy odzywał się do każdego z szacunkiem. w sumie, to nie było się czemu wywyższać, bo tak na prawdę wszyscy byliśmy w tej samej części hierarchii społecznej-prawie na samym je dole. Przekonałam się, że to że nie jesteśmy nikim ważnym, nie oznacza że możemy sobie odpuścić wszelką kulturę, podobało mi się to i coraz bardziej zaczęłam sobie zdawać sprawę, że różnice między tym miejscem, a dworem Madame Musick są ogromne. Po zjedzeniu śniadania, umyłam po sobie naczynie, rozmawiając przy tym z niejaką Klarą, która pracowała tutaj dopiero od miesiąca, była bardzo miłą osobą, a poza tym, muszę przyznać, że ze swoją urodą mogłaby zostać uznana za członkinię jednego z królewskich rodów. Miała długie do pasa blond włosy gdzieniegdzie przechodzące w biel. Jedno jej oko było całkowicie czarne, a drugie miało niesamowicie jasny odcień niebieskiego. Jej usta przypominały swoim kształtem serce, a kolorem nie do końca dojrzałe maliny. Polubiłam ją, a okazało się, że będziemy razem polerować srebra, więc spędzimy ze sobą dosyć dużo czasu. Jednak po śniadaniu musiałyśmy się rozdzielić. Klara musiała przygotować sypialnię na drugim piętrze do przyjęcia gości, a ja musiałam posprzątać pokój numer jeden i pokój numer trzy oraz wytrzepać w nich pościele. Zeszłam więc niżej, do pokoi służbowych i magazynów, po czym wyciągnęłam z jednego z nich paletkę do trzepania pościeli, bo to zamierzałam zrobić na początku. Ruszyłam do tablicy wiszącej w połowie korytarza i sprawdziłam czy sypialnia nr.1 była pusta. Jak się okazało była, więc mogłam bezproblemowo wytrzepać pościel. Po krótkim namyśle uznałam jednak, że od razu posprzątam owy pokój i zabrałam ze sobą wózek z wszelkiego rodzaju ściereczkami, miotełkami i środkami czyszczącymi, żeby nie musieć się wracać. Troszkę trudno było mi się z tym wszystkim zabrać, ale w końcu dopchałam to wszystko do małego korytarzyka dla służby...i wtedy dopiero zaczęło się robić pod górkę. I to w stu procentach dosłownie. Musiałam bowiem to wszystko wciągnąć po pochylni, a potem dosłownie wtaszczyć po stromych schodkach, na koniec musiałam przeciskać się i przekładać na wszelkie możliwe sposoby miotły żeby przejść przez korytarz o szerokości jednego metra, przy okazji wycierając ściany każdą możliwą powierzchnią mojego ciała. Do sypialni numer jeden dotarłam odziana w lśniące pajęczyny i kicho-pędne kurze, które wisiały w stęchłym powietrzu korytarza. Jednym, płynnym ruchem wszystko z siebie strząsnęłam na podłogę i od razu zabrałam się do zamiatania. Na pierwszy rzut oka w sypialni księcia było bardzo czysto, jednak po dłuższych oględzinach okazywało się, że jest wręcz przeciwnie, prawdopodobnie dlatego iż moja poprzedniczka nie miała przez pewien czas żadnego zastępstwa. Już przy początku mojej pracy, zdziwiłam się ile dziwnych rzeczy można znaleźć w pokoju księcia i to na razie tylko na samej podłodze. Między innymi wśród moich znalezisk znajdywały się różnego rodzaju szpilki, długopisy, pióra, jak i również kilka szklanych kulek i potłuczona figurka-gwiazda. Zastanawiałam się krótką chwilę, skąd się wzięło aż tak wiele różnych, zagubionych przedmiotów, ale w końcu uznałam, na pewno słusznie, że to nie jest w żadnym wypadku moja sprawa i bez większego zainteresowania, poodkładałam wszystko na swoje miejsca. Długopisy włożyłam do drewnianego pudełka najwyraźniej do tego przeznaczonego, wywnioskowałam to po ty, że wewnątrz już leżało kilka podobnych. Szpilki powrzucałam do małego, metalowego pojemnika który spoczywał bezpiecznie na dnie mojego wózka, pióra- te do pisania, trafiły w to samo miejsce, a te ptasie wrzuciłam do jasnozielonego worka na śmieci, reszta też szybko trafiła na swoje prawowite miejsca. Pozostała zepsuta figurka w kształcie gwiazdy. Była w trzech częściach, ale wyglądało na to, że da się ją bez większego trudu naprawić. Postanowiłam ją ze sobą zabrać i spróbować ją naprawić później, a potem odnieść. Wsadziłam ją więc do jednej z przegródek na dolnej półce wózka. Potem dokładnie zamiotłam dywan i podłogę, wytarłam wszystkie kurze i pozbierałam pajęczyny które pojawiły się w kątach. Obejrzałam z dumą pokój po moim sprzątnięciu i wydał mi się jeszcze bardziej czysty niż przedtem, mimo że na początku mogło się to wydawać całkowicie niemożliwe. Teraz pozostało mi wytrzepanie pościeli. Zastanowiłam się czy książę ma może balkon, bo nie za bardzo miałam ochotę taszczyć pierzyny na dwór, ani przez główny, ani przez ukryty korytarz. Weszłam wiec w drugą część pokoju księcia, z której kilka sekund wcześniej wyszłam. Okazało się że jedno z długich okien rzeczywiście było drzwiami na balkon, więc uśmiechnęłam się szeroko i wyniosłam całą pościel na balkon, przewiesiłam ją przez grubą, marmurową poręcz i pojedynczo wytrzepałam każdy jeden element. Była to dosyć ciężka praca, bo mimo że pościel była miękka i delikatna... nie należała do najlżejszych wagą...a może to wszystko przez to, że już wcześniej musiałam nosić pranie i moje ręce jeszcze nie do końca odpoczęły? Kiedy już każda poduszka została porządnie wytrzepana, pościeliłam książęce łoże i wstawiłam nowe, pięknie wyglądające kwiaty do wazonu, starając się, żeby ich główki kierowały się w stronę drzwi. Byłam bardzo zadowolona ze swojej pracy i już chciałam chwilę odetchnąć, ale wtedy przypomniałam sobie, że niestety muszę wysprzątać jeszcze sypialnię nr.3, a że była dwunasta dziesięć, uznałam że jest to idealna pora żeby tam zajrzeć i zadbać o porządek. Wtedy myślałam, że posprzątanie tego pokoju będzie bardzo proste. W końcu cały był taki nieskazitelnie biały i lśniący, a tam gdzie biało, tam musi być czysto, wyszłam więc z założenia, że jest sterylny w każdym calu. Otworzyłam więc drzwi z numerem trzy i od razu w oczy uderzyła mnie ta nierealna wręcz jasność. Jednak już po paru krótkich chwilach przekonałam się, że ta biel jest niesamowicie fałszywa. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to "przepiękna" , misternie utkana, pajęczyna wisząca w rogu pokoju, a na niej gigantyczny, niezbyt przyjaźnie wyglądający pająk. Westchnęłam głośno, bo mimo, że nie przepadałam za takimi "ślicznymi" stworzonkami i tak musiałam go stamtąd czym prędzej zdjąć i usunąć jego pajęczynę, nawet jeśli nie miałam na to najmniejszej ochoty. Kolejna rzecz która szybko rzuciła mi się w oczy, to okrutnie zakurzone parapety i żyrandol. Doszłam szybko do wniosku, że będę musiała się niestety wracać po drabinę, bo ciężko by mi było bez niej cokolwiek doprowadzić do porządku. W końcu nie należałam do najwyższych- 165 cm wzrostu. Sufit był na wysokości dwóch metrów, więc albo musiałabym stawać na palcach i wyciągać ręce do góry, jak najwyżej się tylko dało- co mogłoby skutkować odwiedzinami pająka na mojej głowie, albo po prostu wrócić się po drabinę i bezpiecznie zrobić swoje. Ale nie za bardzo miałam ochotę się wracać, a potem taszczyć za sobą poza wózkiem niezwykle nieporęczną drabinę. Żałowałam tego później, ale nie poszłam po nią, jak zwykle znalazłam inne, niby lepsze i prostsze rozwiązanie. Postanowiłam, że zamiast drabiny użyję...metalowego wiadra, które leżało sobie w wózku i połyskiwało zachęcająco od odbijających się od niego promieni słonecznych. Wyciągnęłam je, nie bez trudności, spomiędzy najróżniejszych szczotek, miotełek
i szmatek, wyrzucając przy tym przypadkowo kilka kolorowych gąbek ze środka. Ale cel w końcu został osiągnięty i mogłam sprzątnąć pająka wraz z całym jego dobytkiem. Nie miałam jednak zamiaru go zabić, chciałam go wypuścić gdzieś na zewnątrz, żeby mógł sobie żyć i łapać muchy. Niestety tutaj pojawił się kolejny problem- nie miałam do czego go złapać, a do ręki bym go za żadne skarby nie wzięła, bo bałam się, że mógłby mnie ugryźć. Wpadłam na kolejny głupi pomysł, który na początku również wydawał mi się genialny, mianowicie, postanowiłam przenieść go na miotełce do kurzu aż na balkon księcia- bo olśniewająco biały pokój, mimo że wydawał się idealny, nie posiadał balkonu- i stamtąd po prostu go zrzucić do ogrodu. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. No...przynajmniej spróbowałam. Stanęłam bosymi stopami, dla większej równowagi, na wiadrze trzymając w ręce miotełkę do kurzu i nawinęłam na nią pajęczynę niczym watę cukrową. Razem z pająkiem. Zeskoczyłam szybko z wiadra i od razu zauważyłam, że pająk chyba nie chce się znajdować na miotełce...ale woli moją rękę, po której spokojnie sobie wędrował. Ja już nie byłam taka spokojna. Najszybciej jak potrafiłam, wybiegłam z pokoju i wbiegłam do książęcej sypialni, szybko wyskoczyłam na balkon, a na koniec strzepnęłam pajęczaka za poręcz, na zewnątrz, energicznie potrząsając miotełką. Stała się jednak rzecz całkowicie nie do przewidzenia...albo po prostu nie w zakresie wiedzy która była potrzebna mi do pracy. Czego więc nie wiedziałam? No więc...pod książęcym balkonem stała niesamowicie piękna i elegancka kobieta z wysoko udrapowaną fryzurą, albo peruką, ozdobioną sztucznymi kwiatami i wyglądającą na dosyć misterną robotę...na sam jej czubek spadł pająk, który nie za bardzo się tym przejął i wędrował sobie dalej po pięknie ułożonych puklach włosów. Wrzasnęłam prawie w tej samej chwili zasłaniając sobie usta dłonią i usiadłam ciężko na balkonie. Wzięłam kilka głębokich wdechów dla uspokojenia, powoli wstałam i wychyliłam się za barierkę opierając się o nią. Kobieta wtedy jeszcze nic nie zauważyła... ale chyba byłoby dla niej lepiej jeśli wcale by o tym wiedziała. Już utworzyłam usta gotowa krzyknąć i ostrzec ją przed "zwierzątkiem" na jej głowie... kiedy zakryła je czyjaś dłoń. Odwróciłam się szybko i zobaczyłam przed sobą, nie kogo innego, tylko Klarę. Położyła palec na ustach każąc mi tym samym być cicho i zabierając przy okazji miotłę, zaciągnęła mnie z ramię do środka. Kiedy mnie w końcu puściła, odetchnęła z ulgą.
-Nie wiesz kto to był prawda?-spytała z wyraźnym niepokojem w głosie, a ja pokręciłam przecząco głową.- Ech...to wszystko jasne...-potrząsnęła głową z rezygnacją.
Wciąż nie wiedziałam w najmniejszym stopniu o co chodzi. Westchnęłam więc z bezbrzeżną irytacją i spojrzałam ponaglająco na Klarę.
- Wytłumaczysz mi może o co chodzi?- spytałam.
- To jest dosyć długa historia, powiem ci później... Ale oczekuję że dowiem się, czemu biegasz jak szalona z miotełką do kurzu i wydzierasz się na cały zamek?-tym razem ona zadała mi pytanie. Po tonie jej głosu wyczułam, że była w pewnym stopniu zaskoczona.
- No więc pająk-powiedziałam myśląc, że to wystarczy. Klara ponagliła mnie wzrokiem.- W sypialni numer trzy był pająk i musiałam go tutaj wyrzucić. Spadł na włosy tej pani, o której nic nie chcesz mi powiedzieć.
Klara zbladła wtedy jak na komendę. Patrzyła to na mnie, to na balkon, kręcąc przy tym coraz szybciej głową, co wyglądało dosyć zabawnie. Nie wiedziałam o co jej chodzi, jeszcze przed chwilą była całkowicie spokojna i sama wyciągnęła mnie z balkonu. Jej zachowanie szybko skłoniło mnie do głębszych rozmyślań. Kim jest ta kobieta? Czemu Klara nie pozwoliła mi jej ostrzec? I czemu teraz stoi jak przyklejona po środku pokoju? Nie myślałam jednak nad tym za długo, bo z ogrodu usłyszałam głośny, bardzo nieprzyjemny krzyk, byłam stuprocentowo pewna, że to ta kobieta z ogrodu krzyczała. Kiedy wybiegłam na balkon, ciągnąc za sobą moją nową przyjaciółkę, okazało się, że miałam stuprocentową rację. Powodem krzyku był mój znajomy pająk, o czym mogłyśmy się dowiedzieć, z przeraźliwych pisków damy poniżej.
- Weź tą bestię z mojej głowy!-usłyszałam jak już znalazłyśmy się na balkonie. Ale to był dopiero początek!- A! A! Odgryzie mi głowę!-w tamtym momencie nie mogłam już powstrzymać śmiechu.- Szybko! Co się tak guzdrzesz!? Chcesz żeby mnie zabił?!- Klara dołączyła do mnie i razem chichotałyśmy cicho, opierając się o marmurową barierkę. Kobieta w końcu odbiegła w panice na drugi koniec ogrodu, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to całkowicie bezsensowne, bo nie miała szans żeby uciec przed czymś, co siedziało na jej głowie. Podniosłam się w końcu z ziemi i pomogłam wstać Klarze. Wróciłyśmy do pracy. Ja do pokoju numer trzy, a Klara do jadalni. 

Sprzątanie pokoju zajęło mi bardzo długie i męczące, dwie godziny. Mimo wszystko i tak nie było zbytnio widać jakichkolwiek efektów mojej ciężkiej pracy. Pokój wyglądał niemal tak jak wcześniej-przerażająco nieskazitelnie, a wszystko lśniło oślepiająco. Było to dosyć dołujące, że mimo iż spędziłam tak dużo pracy przy sprzątaniu, nie widziałam żadnych efektów własnego wysiłku. Wtedy zostało mi już na prawdę nie wiele do zrobienia, miałam tylko wyczyścić porcelanę po popołudniowej herbatce i potem tylko wypolerować srebra po obiedzie. Zawiozłam więc mój absolutnie nieporęczny wózek ze wszelkiego rodzaju środkami czystości-nie bez trudności- do magazynu w piwnicy i w końcu dołączyłam do Klary będącej już w jadalni. Kiedy weszłam do środka, ona siedziała przy długim, dębowym stole i ustawiała naczynia do wypolerowania oraz do wyczyszczenia w długim, kolorowym rzędzie. Zdziwiłam się niesamowicie kiedy zobaczyłam ile tego było...ale nikt nikomu nie powiedział że będzie łatwo. Usiadłam głośno wypuszczając powietrze z płuc naprzeciwko mojej nowej znajomej i przysunęłam do siebie jedną z misek z wodą leżącą na podłodze i zabrałam jedwabistą, czerwono-niebieską szmatkę z rogu stołu. Wtedy naiwnie myślałam, że tak normalnie i spokojnie będzie wyglądał mój każdy kolejny dzień. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się myliłam...

sobota, 3 października 2015

Rozdział 2

Wróciłam do pokoju, a przez całą drogę do mojego łózka towarzyszyły mi różnego rodzaju spojrzenia innych służących przebywających akurat w sypialni, od wyrażających bezbrzeżne zdziwienie, po te które mówiły "idź stąd bo zaraz dostaniesz krzesłem". Ponownie czułam się dosyć niezręcznie, ale przecież musiałam to jakoś w końcu znieść i też jakoś dojść do swojego łóżka.
Ulga po użyciu vitalizera jest niestety krótkotrwała, trwa najwyżej trzy godziny głównie w przypadkach kiedy osoba z niego korzystająca przedtem weźmie zimny prysznic, a już najlepiej w tym czasie jest coś zjeść, albo napić się czegoś kalorycznego, żeby pojawiła się energia spożywcza, a nie tylko ta z vitalizera. Akurat tak dobrze się złożyło ,że służący mogli zjeść swoją kolację najwcześniej już o siedemnastej trzydzieści, więc całkowicie mieściłam się w czasie.
Oczywiście musiało zdarzyć się coś nieprzewidywalnego, bo inaczej to by nie było moje życie, które w żadnym wypadku nie jest przewidywalne. A co do owej nieprzewidywalnej rzeczy, na moim łóżku znalazłam białą, papierową torbę z nadrukowanymi precelkami. Obok leżała, zgięta na pół kartka. Pisało na niej:

"Marge kazała ci przynieść coś do zjedzenia, bo nie było cię na obiedzie...no to tyle, reszta w środku.
- Naczelny kucharz Stefan von Bolognese"

Innymi słowy- jedzenie już miałam zapewnione, więc nie musiałam się w żadnym wypadku martwić tym, czy moja energia z vitalizera dotrwa do kolacji, czy też nie i czy nie zemdleję naglę w drodze na jadalnię. Oczywiście od razu zajrzałam do wnętrza torby bo na samą myśl o jedzeniu dopadł mnie głód. W środku leżały dwie, puszyste, pełnoziarniste bułki, duże, czerwone jabłko i butelka świeżego, marchwiowego soku. Dla mnie to był w tamtej chwili posiłek wręcz idealny, więc od razu zabrałam się do spożywania owych smakowicie wyglądających produktów spożywczych, zajęło mi to nie więcej niż pięć minut, ale jak człowiek jest tak bardzo głodny jak ja akurat wtedy byłam, to tak już jest. Dopiero po całkowitym opróżnieniu torebki, zauważyłam że na dnie leży jakaś pozaginana kartka. Odwinęłam ją i przeczytałam:

"Dnia jutrzejszego wyręczysz Cloe, która wykonała większość obowiązków które ty miałaś wykonać, w jej niektórych obowiązkach i zaniesiesz śniadanie do sypialni numer 2, oraz posprzątasz pokój podczas nieobecności właścicielki w godzinach 12-14 kiedy to będzie odbywała swój spacer po ogrodach egzotycznych."
No to przynajmniej miałam zapewnione to ,że będę miała co robić następnego dnia. Ale teraz miałam już tak jakby wolne, coś jakby czas przeznaczony na regenerację. Postanowiłam że wykorzystam ten czas jak najprzyjemniej i najlepiej, dla mnie i mojego zdrowia, uznałam więc, że chyba najlepiej można zregenerować się na długim spacerze, a więc wyjęłam z walizki swoją ulubioną, czarną sukienkę, przewiązaną w pasie szeroką, błękitną wstążką i szybko powędrowałam do łazienki się w nią przebrać. Bo raczej nie będę paradowała na zewnątrz w stroju pokojówki, co nie? Oczywiście wykąpałam się, a wcześniej. wsadziłam mój strój roboczy do Wieszaka Czystości i założyłam swoje własne, w żadnym wypadku nie robocze ubrania. Kiedy byłam już ubrana, spojrzałam w lustro i zdałam sobie sprawę ,że wyglądam zupełnie inaczej niż rano, kiedy to moja twarz wyrażała ogromne zmęczenie, a moja skóra przyprószona była grubą warstwą kurzu, który wzbijał się z drogi i wlatywał przez popsute okno kiedy jechałam powozem, co sprawiało że wyglądałam jakbym się opaliła, tylko że na odcień szarobrązowy. Teraz nie miałam już żadnych cieni pod oczami, a same oczy nie były półprzymknięte ze zmęczenia. Moje włosy nie był już w niesamowitym nieładzie, a wręcz przeciwnie, związałam je w warkocz, a więc były w znakomitym porządku. Gdyby tylko nie miały takiego okropnie pospolitego*, różowo-niebieskiego koloru to można by było nawet powiedzieć że wyglądam niezwykle, albo  chociaż "pięknie", ale niestety, przy moim wyglądzie, najlepszym określeniem było "ładnie". 
Tak na prawdę nie do końca wiedziałam czy mogę wychodzić do ogrodów, ale uznałam ,że po prostu muszę obejrzeć wszystkie te piękne rośliny, a w razie czego udam że po prostu nic nie wiedziałam, ani nawet się nad tym nie zastanawiałam. Wyszłam po cichu z łazienki, w parę chwil przeszłam przez korytarz i znalazłam się przed wrotami zamku, na szczęście dla mnie były otwarte, więc bez wahania wyszłam na zewnątrz. Od razu skierowałam się w stronę ogrodów które mijałam w drodze do zamku, ale kiedy już stanęłam przy tych niezwykłych i intrygujących kwiatach, nagle zmieniłam zdanie i uznałam ,że najpierw chcę popatrzeć trochę na morze. W parę chwil przeszłam nad skraj urwiska i po dłuższej wędrówce wzdłuż jego krawędzi, znalazłam kamienne schody które wyglądały na tyle stabilnie, że bez żadnych obaw mogłam zejść na dół. Schodząc po obrośniętych solą schodkach, starałam się zachować maksymalną ostrożność, co było dosyć trudne. Czułam się dosyć niepewnie, bo bardzo ciężko schodziło mi się po takich schodach, a tym bardziej w obcasach, nawet w takich niskich jak moje. W końcu stanęłam na plaży, od razu zdjęłam swoje buty i bosymi stopami stanęłam na jasnym, ciepłym piasku, był przyjemny w dotyku. Poza tym, pomyślałam, że w butach na obcasach trudno by było poruszać się sprawnie po plaży. Stałam cały czas przodem do ściany klifu, więc odwróciłam się w stronę morza, które już od pierwszych stopni kusiło swoim szumem, było równie piękne jak w moich wspomnieniach z dzieciństwa. 

Małe fale rozbijały się o brzeg wyrzucając w powietrze kropelki słonej wody, a całe może falowało z przyjemnym poszumem. Postanowiłam wejść do wody, chciałam poczuć się jak kamienie na plaży o które rozbijały się morskie grzbiety. W podskokach wbiegłam do morza, woda była dosyć zimna, ale w przyjemny sposób. Weszłam głębiej, w tamtej chwili chciałam być w jak największym kontakcie z morzem. Woda sięgała mi już do kolan, a fale delikatnie rozbijały się o moje nogi, to było bardzo przyjemne uczucie. Chciałam wejść jeszcze głębiej, ale jednocześnie nie chciałam zamoczyć sukienki, więc tylko zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie że zmieniam się w syrenę i płynę po głębinach. Mijałam w myślach barwne koralowce i pływałam z ławicami małych, kolorowych rybek. Wodorosty muskały delikatnie moje nagie ramiona, a piasek tańczył wokół moich dłoni kiedy przejechałam palcami po dnie. To było przyjemne wyobrażenie, jednak po dłuższej chwili wróciłam do realnego świata, bo zaczynałam marznąć, a przeziębienie było ostatnią rzeczą którą chciałam złapać. Uznałam więc, że wystarczy mi już stania w wodzie i powolnym krokiem wyszłam na piaszczysty brzeg. Ziarenka suchego piasku przykleiły mi się do stóp od razu kiedy na nim stanęłam i jednocześnie namokły od kropelek wody spływających po nich. To uczucie również było dosyć przyjemne, ale wiedziałam że póki moje stopy nie wyschną, nie będę mogła włożyć butów, bo to groziło obtarciami, co było dosyć nieprzyjemne, a to równało się z tym, że dłuższą chwilę musiałam spędzić na plaży z wystawionymi do słońca stopami. Usiadłam więc pod gładką ścianą klifu i wystawiłam stopy przed siebie, od razu poczułam przyjemne ciepło otulające je. Ponownie zamknęłam oczy, ale tym razem nic już sobie nie wyobrażałam, po prostu wsłuchiwałam się w kojący szum fal. Musiało minąć kilka minut, kiedy siedziałam odpoczywając. Miałam właśnie wstać, ale wtedy usłyszałam odgłos kroków w odległości paręnastu metrów ode mnie. Z lekkim ociąganiem, otworzyłam oczy i kiedy już przyzwyczaiłam się do światła, zobaczyłam jakiegoś  mężczyznę stojącego kilka metrów ode mnie i wpatrującego się intensywnie w morze. Pierwsze o czym pomyślałam, to to ,że prawdopodobnie nawet mnie nie zauważył i od razu uznałam, że może lepiej jeśli po prostu się potajemnie ulotnię, bo nie za bardzo wiedziałam kto to i nie za bardzo wiedziałam czy nie naskoczy na mnie z nożem. No więc tak cicho, jak tylko potrafiłam wstałam, szybkim ruchem otrzepałam sukienkę z piasku i próbując być jak najciszej, zaczęłam iść w stronę schodów. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo po kilku cichych, ale niezbyt ostrożnych krokach przewróciłam się o swoje własne buty i upadłam z cichym krzykiem zdziwienia i przerażenia, oraz z głośnym hukiem upadającego ciała. Na koniec, dla całkowitego efektu, perfekcyjnie zaryłam twarzą w piasek, wielkim szczęściem było to, że udało mi się zamknąć oczy na czas, ale niestety, nosa zamknąć się nie dało i ziarenka piasku naleciały mi do środka, powodując nagły atak kichania, co tylko pogorszyło sprawę. Po krótkiej chwili leżenia twarzą w piasku uznałam, że mogłabym się w końcu podnieść. Podparłam się więc na rękach, wciąż z zamkniętymi oczami i uklękłam, żeby móc łatwiej wstać, po czym otworzyłam szeroko oczy i zobaczyłam wyciągniętą w moją stronę dłoń. Chwyciłam ją automatycznie, nie zastanawiając się nad tym czyja to dłoń i natychmiastowo zostałam podciągnięta w górę.
- Dziękuję- powiedziałam, strzepując jednocześnie ziarenka piasku z włosów.
- Nie ma za co- usłyszałam kilka sekund później.- Co tutaj robisz?-spytał ten sam męski głos.
Przestałam więc otrzepywać piasek z głowy i podniosłam ją, jednocześnie mówiąc.
- Przyszłam popatrzeć na morze, jest takie piękne...-urwałam z automatu kiedy zobaczyłam kto przede mną stoi. Nie kto inny, a sam książę Donghae we własnej osobie. Trochę mnie zatkało.- Emm...Ale zaraz już sobie pójdę...em... panie.- Jestem stuprocentowo pewna, że moja twarz wyrażała w tamtym momencie bezbrzeżne przerażenie. Bo w końcu odezwałam się do księcia bez formalnych formułek** i tytułów. Ukłoniłam się szybko i spróbowałam się w dosyć taktowny sposób natychmiastowo ulotnić. No i oczywiście zapomniałam o pewnym, drobnym, ale dosyć istotnym szczególe. Książę ciągle trzymał moją dłoń i za daleko nie odeszłam, bo jej nie puścił, nawet jak odeszłam na odległość kilku kroków.
- Zaczekaj- powiedział, wciąż trzymając mnie za rękę, jego głos wyrażał prośbę, ale nie rozkaz, trochę mnie to zdziwiło. Myślałam wtedy o tym, że ten jego głos brzmi na prawdę miło i mogę się założyć że byłam wtedy czerwona jak burak. Odwróciłam się w jego stronę- Wcześniej mogłem liczyć na towarzystwo Edgara, mojego lokaja, ale po ostatnim incydencie boi się tutaj przychodzić. Dotrzymasz mi towarzystwa?-zadał pytanie na które odpowiedź była przecież oczywista. Bo w końcu był księciem, a każde słowo księcia, nawet nie wypowiedziane rozkazującym tonem, to rozkaz. Więc kiwnęłam głową potakująco i zaprzestałam dalszych prób ucieczki w stronę kamiennych schodów. Książę wtedy puścił moją dłoń i dodał- poza tym zapomniałaś wcześniej zabrać swoich butów z piasku, a chodzenie po kamieniach boso nie jest przyjemne.- Uśmiechnął się w niezwykle czarujący sposób. Wtedy zadałam sobie w głowie pytanie-"Czy można jeszcze bardziej się zaczerwienić?" Najwyraźniej można było, bo czułam jak moje policzki robią się prawdopodobnie bordowe. Sama też spróbowałam się uśmiechnąć, ale szczerze, bałabym się wtedy spojrzeć w lusterko, bo widok bez wątpienia był...przerażający. Czerwona twarz z czymś co miało przypominać uśmiech na twarzy, bez wątpienia okropny widok.
No i tak przez kilka bardzo długich sekund panowała niezręczna cisza.
- No to co mam robić...?-spytałam trochę niepewnie, bo jak łatwo się można domyśleć, nie za bardzo wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
I wtedy książę zaczął się śmiać. Ale to był ten przyjazny, w żadnym wypadku nie prześmiewczy, miły śmiech. Mimowolnie się uśmiechnęłam, tym razem już na pewno nie wyglądało to tak, jakbym zauważyła starszą panią w sukience w panterkę, ale już normalnie, ludzko i naturalnie.
- Cóż...-zaczął, spoglądając przy okazji w niebo.- Może się przejdziemy?- zaproponował po chwili namysłu.
- Emm...-kto się wahał? Pytam, kto się wahał?! No oczywiście że to byłam ja...no i właśnie o to chodzi, że to byłam ja, nic nie znacząca służąca, a właśnie miałam odpowiedzieć księciu czy przespaceruję się z nim po plaży, tak po prostu. Dosyć dziwna sytuacja, a'la księżniczka i żołnierz, tylko że w tym wypadku trochę inaczej, bo książę i pokojówka. Ale mimo że sytuacja wydaje się absurdalna, to jeszcze jestem w pełni władz umysłowych...-oczywiście!-...więc przytaknęłam, z prawdopodobnie zbyt wielkim jak na rozkaz entuzjazmem. Od razu pochwyciłam, z największą gracją na mogłam się zdobyć, moje buty, z których zaczął wysypywać się piasek, otrzepałam je i ruszyłam za księciem. Zwolnił trochę kroku i po paru chwilach się zrównaliśmy. Czułam się troszkę, a nawet bardzo, dziwnie, bo tak na prawdę to był obcy dla mnie człowiek. Więc oczywiście, ni z tego, ni z owego, postanowiłam poznać na ten temat zdanie księcia i spytałam również ni z tego, ni z owego:
- Nie sądzisz że to trochę dziwna sytuacja, kiedy spacerujesz tak po prostu z obcą osobą, panie?- jak słowa wypłynęły z moich ust, zaczęłam się zastanawiać, czy może czasem nie straciłam już nad nimi władzy.
Tak jak przewidziałam, zapanowała jeszcze głębsza niż przedtem cisza, co mogło się wydać dosyć dziwne, wydawało się jakby morze przestało szumieć i zaczęło trwać w oczekiwaniu. Ale jeszcze dziwniejsza od ciszy, była odpowiedź księcia.
- Cóż...Nie uważam żadnego obywatela Sujoni za obcą osobę, -zaczął i zrobił krótką pauzę, widać było, że szuka odpowiednich słów- uważam że w pewien sposób wszyscy jesteśmy swego rodzaj grupą przyjaciół, tylko że po prostu niektórych przyjaciół nie dane jest nam nigdy poznać. A o przyjaciół należy dbać, troszczyć się  nich i w miarę możliwości utrzymywać z nimi kontakt... więc normalne w takim razie jest spacerowanie po plaży z, jak to ujęłaś, "obcą osobą". Nie sądzisz?- spytał, patrząc mi w twarz.
- Przepraszam, ale nie za bardzo mogę się wypowiadać na ten temat, panie...-nagle zrobiło mi się przeraźliwie smutno, ale uznałam że będę twarda i nie dam po sobie tego  ani trochę poznać. Zrobiło mi się smutno dlatego, że sama miałam niewielu przyjaciół. Tak na prawdę to żadnego takiego prawdziwego. A czemu? Tylko dlatego, że rysowałam kiedy mi się nudziła, albo kiedy byłam w podłym nastroju i nie lubiłam w kółko rozmawiać o włosach i butach, albo o tym co ostatnio włożyła księżna środkowej, albo oświeconej prowincji. Bo kogo to interesuje? Wychodzi na to, że wszystkich dookoła, prócz mnie oczywiście.
- Czemuż to?- czyli oczywiście stało się to, czego obawiałam się najbardziej, a mianowicie książę zaczął drążyć temat. Cóż miałam zrobić? Odpowiedziałam.
- Chodzi o to, że po prostu nie udało mi się z nikim zaprzyjaźnić- lekko zadrżał mi głos, miałam nadzieję że nie dało się tego usłyszeć.
- Rozumiem, sam tak na prawdę nie mam za wielu bliskich przyjaciół- wzruszył ramionami i umilkł na chwilę.- Trudno jest się z kimkolwiek zaprzyjaźnić, kiedy wszyscy czują się onieśmieleni samą moją obecnością i to tylko dlatego że jestem księciem- wyjaśnił i spojrzał w stronę morza.- Chyba w nocy będzie sztorm...-powiedział cicho, pod nosem, bardziej do siebie niż do mnie.
Szliśmy przez chwilę obok siebie w ciszy. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, bardziej niezręcznie czułam się rozmawiając, bo w końcu osobą z którą rozmawiałam był sam książę, zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście nawet mnie onieśmiela jedynie tym że jest obok. Spojrzałam w niebo, w tej samej chwili nad naszymi głowami przeleciała mewa. Podążyłam za nią wzrokiem przechylając swoją głowę pod dziwnym kątem, chciałam się do nich przyzwyczaić, bo teraz miałam je widywać codziennie, tak samo morze, piękne, szumiące i niebezpieczne morze. Czy to morze, które wydaje mi się takie piękne, może mi się kiedyś przestać podobać? Czy kiedykolwiek przestanie mnie fascynować ten miły dla ucha szum fal? Czy kiedykolwiek przestanę się czuć niezręcznie w czyimkolwiek towarzystwie?...Tak właśnie, w połowie spaceru się zawiesiłam. Z tego dziwnego stanu wyrwało mnie pytanie księcia:
- Tak się zastanawiałem przez chwilę...jak przeżyłaś bez przyjaciół, nie załamując się jednoczenie emocjonalnie?
Cóż, w tej kwestii już śmiało mogłam się wypowiedzieć.
- Nie załamałam się z dwóch powodów- zaczęłam, tym razem pewnie i głośno.- Po pierwsze zwykle miałam jakąś pracę i nie miałam zbytnio czasu żeby się tym przejmować, a po drugie, jeśli już nie miałam nic do zrobienia, to zajmowałam się rysowaniem i wtedy również nie miałam kiedy o tym myśleć.
- Rozumiem...czyli po prostu zajmowałaś myśli czymś innym?
- Tak- przytaknęłam.-Tak na prawdę chyba tego do siebie nawet nie dopuszczałam- tak, właśnie w tamtej chwili zdałam sobie z tego sprawę. Zapłon jak zwykle spóźniony, tym razem nawet bardzo spóźniony.
-A twoja rodzina? Nie wspierała cię?
-Emm...-czemu ten książę musiał pytać o tak nieprzyjemne rzeczy? Ale co miałam zrobić? Odpowiadałam.- Moja matka umarła niedługo po urodzeniu mnie, a ojciec została zamordowany pewnej bezksiężycowej nocy w ciemnym zaułku i zostałam sierotą- westchnęłam kiedy przypomniałam sobie moment w którym musiałam rozpoznawać zwłoki własnego ojca.- Cała rodzina się od nas odwróciła już wcześniej, wiec trafiłam do sierocińca w wieku sześciu lat, a w wieku siedmiu lat do szkoły dla służby...-zamilkłam na myśl o okropnym roku spędzonym w sierocińcu.-I to mniej więcej tyle.- Czy tylko ja coraz bardziej słyszałam to niemiłosierne drżenie swojego własnego głosu?
- Coś się stało?- nie, najwyraźniej książę również to usłyszał.
- Nie nic...-"czemu kłamię?", o tym pomyślałam. Ale czy to nie dziwne i nie niezręczne? Więc próbowałam zachować spokój. Usta nic nie powiedziały...ale moje oczy są nieopanowane w przeciwieństwie do ust i wtedy też nie udało mi się powstrzymać słonych łez. Popłynęły po mojej twarzy zanim zdążyłam się nawet zorientować.- Przepraszam...-powiedziałam i poczułam że bolesne wspomnienia zalewają mnie ponownie. Prawie widziałam przed oczami zielone ściany w sypialni i ramy metalowych łóżek stojących naprzeciwko mojego. Próbowałam zagłuszyć te wspomnienia czymś miłym, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Nie chciałam się oczywiście rozklejać, a przynajmniej nie chciałam się rozklejać w towarzystwie, a tym bardziej w towarzystwie księcia. Co wtedy zrobiłam? Jak zwykle najbardziej logiczną, najbardziej mądrą w życiu rzecz- przeprosiłam i uciekłam w stronę schodów i pozwalając łzom płynąć po mojej twarzy.






*w Sujoni 95% obywateli ma włosy w kolorach- niebieskim, różowym, zielonym, granatowym, albo ich kombinacją.
**Tsa...masło maślane...ale tak też miało być

czwartek, 3 września 2015

Rozdział 1

Obowiązki Lacie Scherbert:
- Przynoszenie śniadania do sypialni numer 1 w poniedziałki i środy (godzina 8.30).
- Zadbanie w sypialni numer 1(podczas nieobecności aktualnie zamieszkującej tam osoby), o kwiaty w wazonach i o to, żeby kurze były starte, a łóżko pościelone.
- Polerowanie sreber i czyszczenie porcelany(po popołudniowej herbacie i po obiedzie).
- Dowożenie w piątek i poniedziałek obiadu z kuchni do jadalni(godzina 15.00).
- Sprzątanie naczyń po kolacji w piątek, sobotę i niedzielę(godzina 20.00).
- Codzienne wytrzepywanie pościeli z sypialni numer 1 oraz wymiana pościeli co tydzień w środę.
- Trzepanie dywanów w każdą ostatnią sobotę miesiąca (godzina 14.00).
+ oraz ewentualne dodatkowe zajęcia wyznaczone podczas okresu roboczego.

Dokładnie to było napisane na kartce którą znalazłam na swoim łóżku po powrocie do pokoju po podróży przez zamek. Oczywiście od razu przyczepiłam ją do ściany kawałkiem taśmy samoprzylepnej*, którą zawsze miałam pod ręką i szybko poszłam się przebrać w mój nowy uniform. Tak jak myślałam, nie było to nic niezwykłego. Zwykła, bawełniana sukienka do kolan w czarno-szare, pionowe paski, białe skarpety za kolano, czarne pantofle na niskim obcasie z zaokrąglonymi czubkami, biały fartuszek obszyty na krawędziach koronką, białe, bawełniane rękawiczki i koronkowa opaska na włosy w tym samym kolorze, oczywiście drugi zestaw na zmianę wyglądał jednakowo. Czyli jak już wspomniałam- nic specjalnego, po prostu zwykły strój roboczy. Kiedy wyszłam z łazienki, akurat wybijała ósma, więc uznałam ,że najlepiej jak już dzisiaj porządnie wezmę się do pracy i ,że najlepiej jak od razu zaniosę śniadanie do owego pokoju. Kiedy weszłam z powrotem do sypialni aby odłożyć moje ubranie, od razu spojrzałam na szczegółowy plan zamku rozrysowany na suficie i po małych komplikacjach, odnalazłszy kuchnię, odszukałam którymi korytarzami można tam dotrzeć i ruszyłam najkrótszą możliwą trasą. Na początku szłam szerokim korytarzem, ściany były niebieskie, a podłoga była wyłożona czarnymi dywanami. Następnie weszłam do korytarza dla służby, był ciasny, ściany i podłoga były nagie, a w powietrzu unosił się zapach środków czystości i pasty do butów. Potem wyszłam drzwiami nad którymi wisiała tabliczka z wyraźnym napisem "kuchnia" i chwilę szłam innym niebiesko-czarnym korytarzem aż doszłam do dużych drewnianych drzwi bogato rzeźbionych w kwiatowe wzory. Wydobywał się zza nich przyjemny zapach, przywodził na myśl stos naleśników oblany czekoladą. Jak najciszej potrafiłam, weszłam do środka i od razu zauważyłam ustawione w rzędzie drewniane wózki na jedzenie, były ponumerowane liczbami od 1 do 13, domyśliłam się że to oznaczenia pomagający się zorientować który wózek ma iść do którego pokoju, bo oczywiście potrawy na nich ułożone były różne. Rozejrzałam się pobieżnie po pomieszczeniu i trochę zdziwiłam się że kiedy spojrzałam na po chwili zauważony zegarek była już 8.10. Od razu nasunęło mi się pytanie, czy aż 10 minut szłam z sypialni do kuchni? To było trochę niepokojące i w przyszłości mogło skutkować nawet moją niepunktualnością, co również mogło się nieprzyjemnie skończyć, ale uznałam że na razie nie będę się tym przejmowała. Więc po chwili stania przy drzwiach, postanowiłam że zabiorę wózek i jak najszybciej skieruję się do pokoju który wcześniej pokazywała mi moja przełożona. Jednak uznałam że na początek lepiej poinformować kucharza, czy kogokolwiek pracującego w kuchni, albo chociażby kogoś kto ty aktualnie był, że zabieram wózek, żeby nie było potem nieporozumień i różnych nieprzyjemności. Weszłam więc wgłąb kuchni, próbując nie strącić nic z szafek i wysepek kuchennych po brzegi wypełnionych garnkami, talerzami i produktami spożywczymi. Ucieszyłam się widząc mężczyznę w wysokiej, białej czapce i długim fartuchu, stojącego nad garnkiem z drewnianą łyżką w ręce, oczywiście od razu domyśliłam się że to kucharz, więc zawołałam głośno:
-Dzień dobry!-machając jednocześnie ręką, żeby mógł mnie zauważyć zza góry naczyń i wcześniej wspomnianych garnków.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie w moją stronę lekko zdziwiony, z pytającym wyrazem twarzy.
- Mogę już zabrać wózek do sypialni numer jeden?- spytałam, lekko niepewnym głosem nerwowo poprawiając grzywkę.
- Huh...nigdy się nie nauczą...-mruknął pod nosem kucharz z wyraźną dezaprobatą.- Bierz ten wózek i się mnie więcej o to nie pytaj. Przeszkadzasz!-ostatnie słowo wypowiedział zdecydowanie głośniej.
- Dziękuję- dygnęłam lekko, nie wiadomo po co, bo kucharz zdążył się już odwrócić i wróciłam po wózek, ponownie lawirując pomiędzy szafkami i wysepkami kuchennymi.
Po chwili wyjechałam z nim na korytarz i wróciłam na ukrytą, wąską klatkę schodową dla służby. Ostrożnie wciągnęłam go na pochylnię- bo sypialnia numer jeden była na pierwszym piętrze- starając się utrzymać jego blat w poziomie i po tym jak już pewnie stanęłam na prostej drodze, popchałam wózek długim korytarzem, rozgałęziającym się we wszystkie strony, z fluorescencyjnymi tabliczkami co parę kroków. Odnalazłam "drogowskaz" wskazujący w prawą stronę, z napisem "sypialnie", po chwili znalazłam rozsuwane drzwi ukryte pod postacią ściany. Wyszłam na szeroki, tym razem utrzymany w złoto-szmaragdowej kolorystyce, korytarz i ruszyłam w stronę pierwszej sypialni, czyli na sam jego koniec. Pod ścianą naprzeciwko mnie stał ogromny zegar z wielkim wahadłem. Spojrzałam na niego- pchając jednocześnie wózek po grubym, szmaragdowym dywanie, co szło dosyć opornie, przez kółka które co chwilę wplątywały się w jego włókna- i okazało się że jakimś cudem mam jeszcze siedem minut. Westchnęłam cicho z irytacji i stanęłam obok zegara w pełnej gotowości. Z braku konkretnego zajęcia poczęłam wsłuchiwać się w jego głośnie tykanie. Tik-tak tik-tak tik-tak. Ten dźwięk był uspokajający, ale jednocześnie wsłuchiwanie się nie powodowało że nagle pojawiało się jakieś zajęcie. Z braku pomysłu co zrobić z dodatkowym czasem, postanowiłam spojrzeć na wózek i sprawdzić, czy coś się nie przesunęło, nie spadło itp. Tak jak to można było przewidzieć, okazało się, że sztućce przekrzywiły się lekko w bok, prawdopodobnie podczas wjeżdżania na pochylnię, albo przeprawy przez dywan, więc z największą ostrożnością i delikatnością na jaką mogłam się zdobyć, poustawiałam je tak jak poustawiane być powinny, czyli równo i porządnie. O dziwo, zajęło mi to aż cztery minuty, no ale precyzja wymaga czasu. Jednak mimo że zajęło mi to trochę czasu i tak zostały kolejne trzy minuty. Uznałam że po prostu poczekam, aż wskazówka sekundowa okrąży tarczę trzy razy, a potem wejdę do pokoju. Wpatrzyłam się w lekko pożółkłą tarczę zegara i we wskazówki krążące dookoła. Pierwsze, szybkie okrążenie, potem drugie okrążenie, podczas którego wskazówki lekko się ociągały i jakby jeszcze wolniejsze, trzecie okrążenie podczas którego uznałam że wskazówki owego zegara wolniej już mogą tylko stać. Mimo wszystko minęło mi to dosyć szybko, więc nie zwlekając już dłużej, po cichu otworzyłam drzwi i weszłam do środka.
-Dzień dobry, śniadanie- zawołałam wesoło od progu, przywdziewając na twarz najbardziej promienny uśmiech na jaki było mnie stać- tak jak miałam to w zwyczaju kiedy podawałam śniadanie córce Madame Musick.- Śniadanie?- Powiedziałam już trochę ciszej, kiedy już rozejrzałam się po pokoju i nikogo nie zauważyłam. Jednak od razu założyłam że ktoś na pewno w nim był, bo inaczej bez sensu byłoby przywożenie tutaj jedzenia.
Kiedy już miałam wejść wgłąb pokoju, żeby poszukać tajemniczego mieszkańca, zza rogu wyszedł lekko zaspanym krokiem mężczyzna. Stanęłam jak wryta, bo od razu zdałam sobie sprawę z tego, że stoję przed księciem Donghae. Widać było że dopiero co wstał z łóżka, a nawet bardzo możliwe że właśnie ja go obudziłam. Po pierwsze- na to że dopiero się obudził wskazywała czarna piżama. Poza tym miał fryzurę w dość dużym nieładzie i lekko zaspany wzrok. Mimo wszystko uznałam wtedy w duchu, że wygląda nieziemsko, niczym anioł, a w każdym bądź razie lekko zaspany anioł.
I oczywiście przez tą jedną, dosyć niepożądaną myśl, zaczęłam się nieznośnie rumienić,  spuściłam więc głowę żeby nie było widać mojej zarumienionej twarzy, żeby zakryły ją moje różowo-niebieskie włosy.
- Dzień dobry, przywiozłam śniadanie- powiedziałam, popychając lekko wózek w jego stronę, a mój głos zabrzmiał nieprzyjemnie cicho, jak zwykle kiedy czuję się trochę niezręcznie.
Po chwili wahania podniosłam lekko głowę i zobaczyłam jak książę się uśmiecha, a jego uśmiech należał do najpiękniejszych jakie dane mi było zobaczyć.
- Wreszcie mogę jeść!- zawołał z radością w głosie i zabrał rzeźbioną, drewnianą tacę z wózka po czym położył ją na biurku które stało naprzeciwko drzwi.- Wcześniej w poniedziałki przychodziła Nadia, ciebie chyba nigdy wcześniej nie widziałem. Jak ci na imię?- spytał opierając się o ścianę.
- Nazywam się Lacie Scherbert, panie- przedstawiłam się, kłaniając się lekko.
- Miło poznać- powiedział i usiadł przy biurku, po czym zaczął jeść śniadanie.
Życzyłam mu smacznego i lekko zmieszana ruszyłam z wózkiem w stronę drzwi.
-Mogę cię o coś poprosić?- usłyszałam za plecami kiedy już prawie przekroczyłam próg drzwi.
- Tak?- odwróciłam się ponownie i uśmiechnęłam się bezwolnie widząc jak książę bez patrzenia próbuje wyłowić z sałatki owocowej winogrono, niestety bez skutku, bo non stop mu uciekało.
- Czy dałabyś radę przynosić śniadanie trochę wcześniej?- spytał i w końcu udało mu się złowić wcześniej niechwytny owoc.
- Postaram się panie- odpowiedziałam tym razem już głośniej. Ponownie ukłoniłam się lekko i po raz kolejny odwróciłam się w stronę drzwi.
Nacisnęłam klamkę i wypchnęłam wózek na zewnątrz, po czym sama wyszłam na korytarz. Przywołałam w myślach obraz księcia próbującego schwytać winogrono i uśmiechnęłam się lekko. Po chwili jednak pomyślałam że dawno sama nie jadłam...ostatnio jakiś dzień temu szybkie śniadanie w przydrożnej tawernie "Pod Gruszą", które nie było zbyt smaczne, ani sycące. Na samą myśl o tym ile godzin jestem o pustym żołądku zakręciło mi się w głowie. Zachwiałam się lekko na boki, ale wytrwale ruszyłam przed siebie. Jednak okazało się że byłam zbyt wypompowana z energii, przeszłam tylko kilka kroków przyozdobionych chwianiem się na boki kiedy poczułam że już dalej raczej nie dojdę o własnych siłach i zanim cokolwiek zdążyłam zrobić, upadłam bez sił na ziemię i w kilka chwil spowiła mnie ciemność.
***
Obudziłam się i od razu zdałam sobie sprawę że minęło dość dużo czasu. Po chwili byłam już pewna tego że już nie leżałam na podłodze w korytarzu, bo podłoga była twarda, a to na czym leżałam w tej chwili, było miękkie. W końcu otworzyłam otworzyłam oczy- bo nie było sensu udawać że jestem nieprzytomna- i zobaczyłam pokryty płaskorzeźbami, biały sufit. Niestety mimo owego, dosyć szczególnego szczegółu, ciągle za bardzo nie wiedziałam gdzie się znalazłam. Jednak jedna sprawa się rozwiązała, już na pewno wiedziałam na czym się znalazłam, a mianowicie, leżałam na miękkiej sofie, obitej przyjemnym w dotyku niebieskim materiałem. Chciałam się rozejrzeć po otoczeniu, bo może bym skojarzyła gdzie mogłabym się znajdować, więc spróbowałam się podnieść na rękach żeby mieć większe pole widzenia, ale mimo że trwałam w nieprzytomności zapewne dość długi czas i że według logiki rządzącej moim ciałem powinnam mieć chociaż trochę siły, wciąż jej nie miałam i od razu opadłam na sofę z powrotem, powodując przy tym cichy odgłos uderzenia. Od razu po tym usłyszałam szybkie kroki gdzieś niedaleko, a po chwili zauważyłam nad sobą zmartwioną twarz, zdziwiłam się bo należała do księcia Donghae.
- Dobrze że się obudziłaś- powiedział. I wtedy obok jego głowy pojawiła się głowa jakiejś kobiety.
- Musisz coś zjeść kochanieńka- powiedziała owa kobieta, którą na pewno widziałam pierwszy raz w swoim życiu, i razem z księciem pomogła mi usiąść.- Masz, zjedz czekoladę, natychmiastowy zastrzyk energii- podała mi tabliczkę ciemnej czekolady i ponagliła żebym zjadła. Nie wzbraniałam się. Kto normalny by się wzbraniał przed zjedzeniem czekolady?- I nie zapomnij zjeść kolacji, bo obiad dla służby cię niestety ominął- dodała po chwili.
I wtedy przypomniałam sobie sprawę że jestem przecież tylko służącą! I że w związku z tym nie powinno się tak o mnie martwić, bo nie ma o co. I że mam dowozić w poniedziałki obiad do jadalni.
- Przepraszam, która godzina?- spytałam słabym głosem.
- 14.50- usłyszałam w odpowiedzi.
Moja reakcja była natychmiastowa. Z wielkim wysiłkiem wstałam z sofy i z zamiarem dojścia do kuchni, zrobiłam krok. I to by było na tyle, bo od razu po zrobieniu tego jednego kroku, zostałam chwycona za ramiona i posadzona z powrotem na sofie.
- Przełożona już wyznaczyła kogoś innego- powiedziała kobieta uśmiechając się z widocznym rozbawieniem. Czyżby bawiło ją to że pracę stawiałam na pierwszym miejscu?
- W końcu nie było wiadomo kiedy się obudzisz- dodał książę uśmiechając się przyjaźnie. A może mi się tylko wydawało?
- No to co ja ma robić?- spytałam, a mój głos po raz kolejny zabrzmiał słabiej niż bym tego chciała.
- Jak na razie, poleżysz trochę w łóżku- odpowiedziała kobieta wzruszając ramionami.- Pójdziesz ze mną do sali regeneracji, bo wiesz, podczepimy ci jeszcze na pół godzinki vitalizer i już nie będziesz chodzącym zombie.
- Em...no to chodźmy...-ponownie ledwo sama się słyszałam.
Podniosłam się ostatkami sił z sofy i z pomocą kobiety wyszłam z pokoju. Zdałam sobie sprawę że nie wiem jak ma na imię. Więc od razu spytałam ją o to.
- Mam na imię Marge, odpowiadam tutaj za zdrowie i stan fizyczny mieszkańców i służby. Czyli jestem czymś na kształt pielęgniarki.
- Miło panią poznać, ja jestem Lacie- spróbowałam się uśmiechnąć.
- Drogie dziecko wiem jak masz na imię- Margę zaśmiała się serdecznie.
Trochę się zdziwiłam że zna moje imię, bo w końcu skąd może znać moje imię? Ale ostatecznie "w duchu wzruszyłam ramionami" i skupiłam się na stawianiu kroków, w końcu musiałam dotrzeć do sali regeneracji, żeby właśnie nie musieć się skupiać na stawianiu kroków i żeby to nie było aż tak trudne. Okazało się że owa sala regeneracji znajdowała się w piwnicy, na samym końcu korytarza. Od razu pomyślałam że jakiś idiota to projektował. Bo jak ktoś się źle czuje to nie będzie miał raczej siły żeby tyle przejść, prawda? No, ale jak trzeba to trzeba. Przeszłyśmy dosyć wolno przez wyżej wspomniany korytarz i weszłyśmy do środka. Marge pomogła mi się położyć na leżance stojącej pod pomalowaną na jasno niebiesko ścianą i zniknęła za parawanem pomalowanym w różowe flamingi. Oczywiście po chwili wróciła trzymając już dobrze mi znany z posiadłości Madame Musick vitalizer. Było to doprawdy dziwaczne urządzenie. To średniej wielkości metalowa kula z której wychodziły różnej długości rurki w liczbie sześciu. Podłączało się je do ciała, al vitalizer wysyłał przez skórę energię witalną która przybierała różne odcienie fioletu. Oczywiście chyba nie muszę mówić że w parę chwil Marge podłączyła do mnie to ustrojstwo. Uczucie jakiego doznawało się kiedy z vitalizera przepływała energia było dosyć przyjemne, ale niestety tylko na początku. Najpierw po całym ciele rozlewało się przyjemne ciepło i owe ciepło utrzymywało się chwilę, potem zmieniało się to powoli w nieprzyjemne zimno, by ponownie przejść w ciepło, tym razem już mniej przyjemne niż na początku, bo jednocześnie całe ciało ogarniało mrowienie. Na koniec ciało drętwiało...i tak trzeba było przeleżeć piętnaście minut, najlepiej bez ruchu. Tak też zrobiłam i odleżałam swoje. Dodam tylko ,że ten czas bardzo się dłużył. W końcu pielęgniarka podłączała ode mnie te wszystkie rurki, a ja, tym razem samodzielnie, wstałam.
- Lepiej już?- spytała Marge. 
- Zdecydowanie- przytaknęłam i  tym razem, ku uciesze, wyraźnie usłyszałam własny głos.
- To dobrze...-westchnęła z ulgą.- Wiesz, nie chcemy by ktoś podzielił los Nadii, albo Hany.
- Poda pani więcej szczegółów?- spytałam z nadzieją na usłyszenie czegoś ciekawego.
- A więc...-wyraźnie się zawahała.- Zostałaś wezwana tak naprawdę na zastępstwo Hany która została znaleziona martwa na brzegu morza. Przyczyną zgonu, było podobno utonięcie. Ale w międzyczasie Nadia umarła z wygłodzenia. Głodziła się bo miała ogromne kompleksy na punkcie swojej figury i oczywiście przerodziło się to w obsesję i w końcu w anoreksję. Znaleźliśmy ją martwą na jej łóżku. Okazało się potem ,że długo nie pojawiała się w stołówce. Wyglądała jak szkielet, ale co ciekawsze uniform wszystko ukrywał...gdybyśmy wiedzieli wcześniej, może by do tego nie doszło...
Oczywiście zadziałała moja bujana wyobraźnia, która myślała dosyć nietaktownie i od razu przed oczami zobaczyłam dwa duchy idące ramię w ramię przez korytarz, straszące kogo popadnie, a czasami płaczące pod ścianami. Po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz na samą myśl o tym.
- To straszne-tyle tylko zdołałam powiedzieć. Po czym pożegnałam się z Marge i wyszłam na ciemny, piwniczny korytarz.





*to jest alternatywny świat, toteż kreuję go w dosyć dziwny, niezrozumiały sposób, w tym wrzucając właśnie taśmę klejącą do owego świata ;-p Albo też różne nieistniejące, dziwne przedmioty. W przyszłości dodam "spis dziwności" ;-)
**OBRAZEK wykonany przez moją siostrę Klaudię :-)